środa, 7 maja 2014

Grobowiec świetlików (1988), czyli płomyki szczęścia w ciemności

tytuł oryginalny: „Hotaru no haka”
reżyseria: Isao Takahata
scenariusz" Isao Takahata
muzyka: Michio Mamiya
produkcja: Japonia
gatunek: dramat, anime

Jednym z czynników, które mogą świadczyć o jakości danego filmu może być to, czy forma odpowiednio współgra z treścią. Niektórzy twórcy lubią jednak podejmować ryzyko i eksperymentować. Nie boją się kontrastów i potrafią łączyć ze sobą nawet zupełnie sprzeczne elementy. Dotyczy to zarówno przekazywanych na ekranie emocji, jak i samej konwencji. Doskonałym przykładem okazuje się „Grobowiec świetlików”, w którym z pomocą nieco infantylnej warstwy wizualnej ukazano poważną tematykę.

Akcja rozgrywa się w czasach II Wojny Światowej w Japonii. Podczas nalotu na Kobe matka dwójki dzieci zostaje ciężko ranna, a wkrótce później umiera. 14-letni Seita i jego młodsza siostra Setsuko zamieszkują u ciotki. Nie jest ona jednak zadowolona z tego, że musi ich za darmo utrzymywać, a chłopak zamiast pracować tylko się bawi. Rodzeństwo w końcu odchodzi z jej domu i zdani tylko na siebie za wszelką cenę stara się znaleźć ustronne miejsce. Oboje zaszywają się w porzuconym schronie, gdzie usiłują samodzielnie funkcjonować.


Film nie dotyka bezpośrednio tematyki wojny, którą przedstawiono tutaj z zupełnie innej perspektywy. Ukazuje przede wszystkim jej wpływ na najsłabszych osobników, których życie zmienia się diametralnie. Po odnalezieniu utęsknionej kryjówki dzieci osiągają chwilową stabilizację, ale zasoby żywności i środków zaczynają się wyczerpywać w zatrważającym tempie. Pycha i duma okazują się zgubne dla dwójki postaci, których długotrwałą śmierć jesteśmy zmuszeni oglądać na ekranie. Gasną bowiem w oczach, coraz bardziej wygłodzeni i wychudzeni, szukając najniklejszej nadziei ratunku. Obrazy życia i śmierci ścierają się ze sobą nagle i boleśnie. Szczerze mówiąc, nie rozpłakałam się, ale raczej pogrążyłam w zadumie i rozmyślaniach. Seans, który pozornie może wydawać się lekkim przeżyciem, w rzeczywistości zapewnia niezapomniane i silne wrażenia. Niestety, akcja rozgrywa się w niemiłosiernie jednostajnym tempie.


Przypomina mi się teraz „Życie jest piękne”, w którym Roberto Benigni także stosuje dość nowatorskie podejście i nie unika dużej ilości kontrastów. Pomimo komediowego charakteru, udaje mu się opowiedzieć głęboko poruszającą historię. „Grobowiec świetlików” wydaje się pod wieloma względami dużo bardziej brutalny i mniej wyidealizowany. Twórcy bez wahania pozbawiają widza jakichkolwiek złudzeń i nadziei. Już na wstępie dają do zrozumienia, że nie jest to wesoła bajka z urokliwym zakończeniem. Z porażającą bezpretensjonalnością uświadamiają nam, do czego sprowadzą się losy dwójki głównych bohaterów. Na każdym kroku w tej melancholijnej i tragicznej podróży w poszukiwaniu bezpieczeństwa nieustannie towarzyszy im wciąż zbliżająca się śmierć. Jej nieuchronność sprawia, że klimat okazuje się wyjątkowo ponury i wypełniony nostalgią. Odnoszę wrażenie, że za pierwszorzędny cel postawiono sobie wywołanie jak największego wzruszenia u widza.


Oba filmy w podobny sposób ukazują piękno i radość, jaką można czerpać z każdej chwili, nawet jeśli szybko przeminie. Pomimo rozgrywającej się niedaleko tragedii dzieci nie załamują się, próbują żyć każdym dniem i korzystać z pozostawionego im czasu, ile tylko się da. Świetliki stają się pewnego rodzaju symbolem, który daje im ukojenie i chwilowe szczęście. Tytuł stanowi zatem genialną metaforę. Pomimo tego, że „Grobowiec świetlików” świetnie przekazuje wiele emocji skromnymi środkami, historia nie jest najlepiej skonstruowana. Odnoszę wrażenie, że przesycono ją zbyt dużą ckliwością i sentymentalizmem. W wielu scenach twórcy chcą skłonić odbiorcę do przeżywania tego samego wydarzenia na różne sposoby. Czasem usilnie próbują wycisnąć z niego łzy, rozciągając w czasie i powtarzając różne ujęcia. Fabuła sama w sobie również wydaje się zupełnie prosta. Składa się tylko z jednego wątku, który jednak umożliwia dość szczegółowe poznanie bohaterów.


Pomysł ukazania grozy wojny z użyciem animacji, a w dodatku anime wydaje się co najmniej szalony. Ryzyko się opłaciło, a efekt okazuje się wstrząsający. Nie wątpię, że tematyka nie przyciągnęłaby tak mojej uwagi w filmie aktorskim, głównie ze względu na jej wtórność. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że produkcja Isao Takahata powstała ponad 25 lat temu. Animacja jest więc niewątpliwie godna podziwu i z powodzeniem może konkurować nawet z dzisiejszą. Zaskakująca dokładność i precyzja w odwzorowaniu ludzkich emocji pomagają w zaprezentowaniu całej opowieści. Stosowanie różnorodnych odcieni i kolorów staje się też ważnym narzędziem w kształtowaniu nastroju. W pewien sposób poprzez manipulowanie warstwą artystyczną można manipulować też widzem. Solidna oprawa wizualna i nachalny przekaz (myślę tu zarówno o przesłaniu, jak i o nadmiernych próbach przekazania emocji) chwilami naprawdę skutecznie przykrywają mało oszałamiającą warstwę fabularną.

„Grobowiec świetlików” gwarantuje emocjonujący seans, pomimo nieskomplikowanej i przesadnie dopieszczonej historii, która już z samego założenia ma wzruszać. Bez względu na wszystko, serdecznie polecam.
Ocena: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz