wtorek, 15 sierpnia 2017

Fenomen Krzysztofa Kieślowskiego

Kino to nie publiczność, festiwale, recenzje, wywiady. To wstawanie codziennie o szóstej rano. To zimno, deszcz, błoto i ciężkie lampy. To nerwowe zajęcie, któremu w pewnym momencie wszystko musi zostać podporządkowane – także rodzina, uczucia, prywatne życie. […] Kino na całym świecie jest podobne: dostaję w małej hali zdjęciowej kąt, w którym stoi przypadkowa kanapa, jakiś stół, krzesła. W tym udawanym wnętrzu groteskowo brzmią moje groźne komendy: Cisza! Kamera! Akcja!. Po raz kolejny męczy mnie myśl, że wykonuję niepoważny zawód. Kilka lat temu francuska Libération zapytała kilkunastu reżyserów, dlaczego robią filmy. Odpowiedziałem wówczas: Bo nie umiem nic innego.
Krzysztof Kieślowski, „Autobiografia”, 1993


Na  hasło „Krzysztof Kieślowski” każdemu z nas przychodzi zapewne do głowy inny film, inny obraz. Ten nieżyjący już polski twórca, kojarzony głównie z „kinem moralnego niepokoju”, pozostawił po sobie bogaty i niezwykle różnorodny dorobek. Przez lata zdążył  zapisać się w kanonie znakomitych i szanowanych postaci, które miały ogromny wkład w rozwój światowego kina. Zdobył wiele nagród i wyróżnień, w tym dwie nominacje do Oscara, trzy nominacje do Złotej Palmy, Złotego Lwa w Wenecji czy dwa Złote Lwy na festiwalu w Gdyni. Za swoje liczne zasługi otrzymał Order Sztuki i Literatury, status honorowego członka Brytyjskiego Instytutu Filmowego oraz członkostwo Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Nie brakowało jednak także głosów krytyki jego twórczości.

piątek, 4 sierpnia 2017

8 powodów, dla których warto uczestniczyć w festiwalach filmowych


1. Masz pretekst, żeby wiele dni pod rząd spędzić w kinie
Wczoraj rozpoczęła się 17. edycja Międzynarodowego Festiwalu Filmowego T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Aż do 13 sierpnia będzie można oglądać nawet po 5 filmów w ciągu dnia. Od zakończenia poprzedniej edycji z niecierpliwością czekałam, kiedy znowu będę mogła bezwstydnie wyrwać sobie z życia te 10 dni i zapuścić korzenie w klimatyzowanej sali kinowej. Kto z nas nie marzy bowiem o tym, żeby na długo zapomnieć o własnych problemach i oderwać się od rzeczywistości?

2. Zobaczysz filmy na długo przed premierą oraz takie, które nigdy nie wejdą oficjalnie do polskich kin
Gwarantuję nieporównywalne z niczym uczucie satysfakcji, gdy się zauważy, że do kina wchodzi właśnie film, jaki się widziało kilka miesięcy albo nawet rok temu na festiwalu. Poza tym naprawdę dużo świetnych produkcji nie pojawia się u nas w ogóle później w powszechnej dystrybucji, a niektóre wchodzą jedynie do kin studyjnych.

3. Kino festiwalowe jest często bardzo specyficzne
Podczas MFF T-Mobile NH wyświetlanych jest wiele niekonwencjonalnych i odważnych filmów. Twórcy nie boją się łamać schematów i nie unikają sugestywności. Niektóre obrazy mogą szokować albo zniesmaczyć, inne z kolei zachwycić albo znużyć artystyczną formą. Filmy festiwalowe to esencja określenia „ambitne kino”, więc jeśli czujesz się filmowo niespełniony, to miejsce idealne dla ciebie.

4. Poznasz dorobek twórców, po których filmy normalnie byś nie sięgnął
Festiwale umożliwiają dostęp do dzieł zarówno znanych i cenionych twórców, jak i debiutantów. Program MFF T-Mobile NH obejmuje tytuły z całego świata, należące do najróżniejszych stylów i gatunków. Niektóre zaliczyły wcześniej głośne premiery na innych prestiżowych festiwalach, inne są zupełnie niszowe. Dzięki retrospektywom i przeglądom można również nadrobić filmy sprzed kilkudziesięciu lat czy po prostu najlepsze z ubiegłego sezonu.

5. Weźmiesz udział w spotkaniach z twórcami i aktorami
Po niektórych pokazach przeznacza się czas na rozmowę z gośćmi i widzowie mają możliwość zadawania pytań. A nuż się okaże, że ceniony przez ciebie artysta przyjedzie na dany festiwal. Ja najbardziej marzę, żeby w Polsce zjawił się Xavier Dolan.

6. Atmosfera jest nie do podrobienia
Wszystkie siedzenia zajmują ludzie zjednoczeni w miłości do kina. Uwielbiam wspólne przeżywanie każdej sceny i spontaniczne reakcje. Nagle nawet najpoważniejszy film wydaje się w pewnym stopniu komiczny, kiedy się ogląda go w kilkaset osób naraz. Dodatkowo po zakończeniu seansu często pojawiają się oklaski.

7. Masz dobrą okazję na przeczytanie książki i/lub poznanie nowych ludzi
Nie można przecież ciągle tylko i wyłącznie jeść w przerwie między filmami, bo się doszczętnie zbankrutuje ;) Najlepiej stawić się w kinie co najmniej parędziesiąt minut przed rozpoczęciem seansu, żeby nie mieć problemu ze znalezieniem miejsc – trzeba zatem znaleźć sobie jakieś zajęcie w oczekiwaniu na rozpoczęcie filmu.

8. Będziesz mieć dostęp do dodatkowych atrakcji
W czasie MFF T-Mobile NH prężnie działa również scena muzyczna, więc jeśli chcesz odpocząć od kina, możesz się wybrać do klubu. Pokazy filmowe odbywają się także w Rynku, na wielkim ekranie, codziennie o 22 i za darmo.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Dunkierka (2017), czyli w walce o życie

tytuł oryginalny: Dunkirk
reżyseria: Christopher Nolan
scenariusz: Christopher Nolan
muzyka: Hans Zimmer
produkcja: Francja, Holandia, USA, Wielka Brytania
gatunek: dramat, wojenny

Odnoszę nieodparte wrażenie, że z każdym kolejnym projektem Christopher Nolan coraz bardziej dzieli widownię. Niektórzy określają go mianem znakomitego czy wręcz jednego z najlepszych współczesnych filmowców, inni natomiast uważają, że tworzy pompatyczne i pretensjonalne dzieła, w których nieudolnie aspiruje do pokazania czegoś głębokiego i nowatorskiego. Decyzja Nolana o nakręceniu filmu wojennego okazała się naprawdę zaskakująca. Chyba wszyscy mieliśmy pewne obawy związane z „Dunkierką”. Nolan potrafi jednak przecież stworzyć świetne widowiska – „Incepcję”, trylogię „Mroczny Rycerz” czy nawet niechciany przez wielu „Interstellar”. Czy zatem podołał tematyce zupełnie dla siebie nowej?

Akcję osadzono w trzech płaszczyznach czasowych. Jedna obejmuje wydarzenia rozgrywające się na lądzie – na plaży w Dunkierce, gdzie przebywa kilkaset tysięcy żołnierzy brytyjskich, francuskich i belgijskich. Otoczeni przez armię niemiecką, dążą do ewakuacji drogą morską. Druga perspektywa ukazuje losy cywilów wypływających w morze małym statkiem na pomoc żołnierzom. Trzecia skupia się z kolei na tym, co dzieje się w powietrzu – piloci myśliwców zabezpieczają uciekających z Dunkierki.


W „Dunkierce” nie występują sceny bezpośredniego batalistycznego starcia między dwoma armiami,
jakich można by się spodziewać po kinie tego gatunku. Przez cały czas wróg pozostaje w pewnym sensie niewidoczny. Oczywiście obserwujemy samoloty zrzucające pociski i słyszymy strzały z karabinów, ale nie widzimy twarzy ani sylwetek niemieckich żołnierzy czy nawet rozlewu krwi. Niebezpieczeństwo wciąż wydaje się jednak mocno odczuwalne i przerażająco bliskie. Nie poznajemy dokładnie żadnego z głównych bohaterów. Uświadamiamy sobie, co skłania ich do podjęcia działania – chęć przeżycia, niesienia pomocy, pokonania wroga. Można powiedzieć, że każdy jest dla nas w pewien sposób anonimowy. Nie chodzi bowiem konkretnie o tych ludzi, a bardziej o sytuację zagrożenia, która wszystkich łączy. Niewiele się odzywają, nie ma czasu na zbędne słowa. Ze skrawków rozmów dowiadujemy się jedynie pewnych szczątkowych informacji. Nie ma również czasu na ekspozycję. Mimo to natychmiast zaczynamy odczuwać empatię wobec postaci, czasem wręcz wstrzymujemy oddech razem z nimi.


Dzieło dużo zawdzięcza rewelacyjnej muzyce autorstwa Hansa Zimmera. Panowie współpracują od dawna i po raz kolejny tworzą niezapomniany duet. Muzyka nie stanowi tylko tła, spełnia niezwykle istotną i precyzyjnie przemyślaną rolę. Kompozytor wykorzystał sprawnie motyw cykania zegara, aby konsekwentnie stopniować napięcie. Pomysł sprawdza się bez zarzutu, o czym można przekonać się na własnej skórze. Siedziałam w fotelu kinowym spięta i rozemocjonowana, po wyjściu z sali było mi jeszcze nieswojo. Po prostu czuje się to, jak wystraszeni i rozedrgani są żołnierze w oczekiwaniu na to, co się wydarzy. Muzyka niesamowicie podkreśla ich emocje, sprawiając, że rezonują w widzu. Fabuła poprowadzona z perspektywy kilku ludzi oraz brak wielkich scen bitew w połączeniu z niespokojnymi i dynamicznymi utworami pozbawiają „Dunkierkę” niemal całkowicie patosu. Wszystko wydaje się przyziemne i realistyczne, mało „filmowe”, np. nikt nie traci czasu na sentymentalne przemowy, nikt się takimi rzeczami nie przejmuje.


Twórcy pozwalają sobie na kreatywność, sprytnie przeplatając trzy płaszczyzny akcji. Choć czas płynie inaczej w każdej z nich, film okazuje się skonstruowany z tak wielkim wyczuciem i pomysłem, że nie miałam problemu z nadążeniem za tym, co się dzieje, gdzie i w jakim momencie. Należy zatem zwrócić uwagę na fantastyczną realizację. Zdjęcia wyglądają fenomenalnie. Praca kamery zachwyca bogactwem zjawiskowych ujęć, coraz bardziej angażujących widza w całą historię. Właściwie nie da się odróżnić efektów komputerowych od praktycznych, dzięki czemu rozgrywające się na ekranie wydarzenia wydają się zadziwiająco prawdziwe. Podołano wyzwaniu dobrej organizacji skomplikowanych scen – oglądamy bowiem zatapiane okręty i myśliwce, płynących ludzi, a wszędzie mnóstwo statystów. To jest Nolan, którego byłam ciekawa i z którego jestem dumna. Mam nadzieję, że pójdzie dalej w stronę obrazów mocno osadzonych w rzeczywistości, choć Nolana w wersji sci-fi także cenię.


Skompletowano fantastyczną obsadę, nie brakuje znanych nazwisk. „Dunkierka” nie opiera się jednak na kreacjach aktorskich, a na fascynującej fabule i zapierającej dech warstwie audiowizualnej. Młodzi i mało doświadczeni ludzie wcielają się w role żołnierzy walczących o życie w Dunkierce. Cillian Murphy wystąpił jako żołnierz uratowany z wody, Kenneth Branagh zagrał Komandora Boltona nadzorującego ewakuację, a bohater Marka Rylance’a prowadzi cywilny statek na ratunek ocalałym. Zmarnowano nieco potencjał Toma Hardy’ego, bo rola pilota myśliwca jest dosyć skromna. Jego twarz bez maski widzimy przez krótki czas. Wszyscy spisali się dobrze, liczy się głównie naturalność i autentyzm. Postacie wydają się niemal z krwi i kości. Niektóre role są wymagające bardziej pod względem fizycznym niż aktorskim, gdyż, jak już pisałam, z założenia dzieło to nie opiera się na kreacjach aktorskich.


Film wojenny, który prawie w ogóle nie jest patetyczny, to bez wątpienia ewenement. Prawie, bo mam dwa zastrzeżenia. Ostrzegam: lekkie spoilery. Gdy wojskom w Dunkierce przypływają na ratunek liczne łodzie, budująca napięcie muzyka zamienia się muzykę zwycięską i pochwalną. Nagle pojawia się fala patosu, na jaką chyba nikt nie czuł się przygotowany. To mało subtelne przejście zupełnie wybiło mnie ze skupienia i świetnie kształtowanego wcześniej klimatu. Miałam wrażenie, jakby wycięto fragment innej produkcji i wstawiono na siłę tutaj. Drugi minus stanowi coś, co można nazwać typowo nolanowską końcówką. „Dunkierka” spokojnie mogłaby się bowiem zakończyć z 10 minut wcześniej. Reżyserowi nie udaje się niestety powstrzymać i na koniec popada w swój specyficzny sentymentalizm. Niepotrzebnie, bo historia od początku sama w sobie działa na emocje i zaciekawia. Nolan pragnie jeszcze nam tą końcówką dołożyć, wznieść na wyżyny tanim sentymentalizmem z lekką domieszką patosu. Cóż za ironia, że batalia się skończyła, a pojawia się patos.

„Dunkierka” to znakomity i jedyny w swoim rodzaju dramat wojenny z przecudowną stroną audiowizualną. Polecam go nawet osobom sceptycznie nastawionym do gatunku. Wahałam się, czy dać 8, czy 9, przyznaję. Najnowsze dzieło Nolana zrobiło na mnie jednak tak duże wrażenie, że za wady odjęłam ostatecznie tylko jedną gwiazdkę.
Ocena: 9/10

sobota, 29 lipca 2017

Wojna o planetę małp (2017), czyli w obronie własnego gatunku

tytuł oryginalny: War for the Planet of the Apes
reżyseria: Matt Reeves
scenariusz: Mark Bomback, Matt Reeves
muzyka: Michael Giacchino
produkcja: USA
gatunek: dramat, akcja, sci-fi

Nie ukrywam, że to pasja i ekscytacja Sfilmowanych, czyli mojego ulubionego kanału z recenzjami, zachęciła mnie do obejrzenia dwóch pierwszych części trylogii. Mocno udzieliła mi się też ich ciekawość tego, co wydarzy się w ostatniej odsłonie, dlatego poszłam na pokaz „Wojny o planetę małp” aż dwa tygodnie przed premierą. Wróciłam z kina zachwycona i poruszona.

Caesar (Andy Serkis) i jego pobratymcy zostają zaatakowani przez ludzi na czele z Pułkownikiem (Woody Harrelson). Małpy ponoszą ogromne straty, postanawiają więc ewakuować się w bezpieczniejsze miejsce. Caesar, pragnąc zemścić się za śmierć bliskich, wyrusza w drogę do miejsca stacjonowania armii ludzi. Planowane starcie z Pułkownikiem zamienia się w walkę o przyszłość obu gatunków.


W „Genezie planety małp” śledzimy wydarzenia zarówno z perspektywy Willa granego przez Jamesa Franco, jak i z perspektywy Caesara. W „Ewolucji planety małp”, czyli filmie w klimacie wojennym, opartym na nieco schematycznej konstrukcji fabularnej, również oglądamy wszystko z perspektywy małp i ludzi. W „Wojnie o planetę małp” twórcy podjęli ciekawą, aczkolwiek ryzykowną decyzję – akcja rozgrywa się właściwie tylko z perspektywy małp. Postawienie całości na barkach stworzeń wygenerowanych przez motion capture, z których większość porozumiewa się w sposób migowy, może się wydawać nieco szalone. Taki zabieg stanowi jednak paradoksalnie najmocniejszą stronę produkcji. Małpy po raz kolejny okazują się dużo lepiej napisanymi postaciami niż ludzie. Pozornie prosty konflikt, ludzie kontra małpy, nabiera głębszego znaczenia, a ostatecznie niesie ze sobą uniwersalny wydźwięk. Skłania bowiem do refleksji nad istotą człowieczeństwa i nad tym, kto jest prawdziwym wrogiem.


Tytuł, zwiastuny i niektóre opisy sugerują, że w finale trylogii następuje wielkie batalistyczne starcie. Naprawdę walka opiera się raczej na dywersji i unikaniu bezpośredniej bitwy, choć stawki niewątpliwie są wysokie. Bohaterowie starają się uratować przyjaciół i sojuszników, a także zrozumieć intencje Pułkownika. W pewnym sensie to trochę film drogi – film drogi o małpach, które jadą na koniach i noszą broń. Brzmi absurdalnie? Nic bardziej mylnego. Historia okazuje się niezwykle przekonująca, osadzona w bardzo poważnym, przejmującym klimacie. Drużyna, wiedziona chęcią zemsty za poniesione krzywdy, w czasie podróży napotyka na różne przeszkody. Choć na ekranie nie pada wiele słów, rozumiemy motywacje oraz pragnienia Caesara i jego bliskich. W pewnym momencie zapomina się wręcz, że to grane przez aktorów, ale wykreowane komputerowo postacie. Po prostu czuje się wszystko, co przeżywają, współczuje się im.


Nie radzę oglądać „Wojny o planetę małp”, nie mając wcześniej do czynienia z poprzednimi częściami. W „Genezie…” i „Ewolucji…” kształtują się wszyscy bohaterowie, a my jako widzowie zaczynamy się do nich przywiązywać. Nie znając początkowych wydarzeń z życia Caesara i przemian, jakie doświadczył, nie poczuje się odpowiedniego ładunku emocjonalnego związanego z finałem trylogii. W trzeciej odsłonie dostajemy z założenia klasyczną scenę ekspozycji, w której Pułkownik wyjaśnia powody swojego postępowania. Nie jest to jednak typowa sytuacja z cyklu: złoczyńca tłumaczy się przed ofiarą. Woody Harrelson okazuje się kapitalny jako bezwzględny przywódca, a jego motywacje i plan wydają się złożone i sensowne. Pewien intrygujący kontrast wobec brutalnej rzeczywistości stanowi dziewczynka nazwana Nova. Wprowadza pewien płomyk nadziei i urok, ale jest również pretekstem do paru klasycznych scen, mających grać na emocjach. Z jednej strony to działa, z drugiej strony sentymentalizm może się wydawać zbyt oczywisty i sztuczny.


Motion capture w „Wojnie o planetę małp” doprowadzono już niemal do perfekcji. Koniecznie trzeba ten film obejrzeć na dużym ekranie, aby dostrzec jak najwięcej szczegółów. Bohaterowie wyglądają szokująco realistycznie, co niejednokrotnie aż zapiera dech. Wielkie uznanie należy się zarówno specjalistom od efektów specjalnych, jak i aktorom, którzy doskonale opanowali mimikę, gesty i sposób chodzenia małp. Andy Serkis to absolutny mistrz, zasługuje na najwyższe wyróżnienia. Dajcie mu wreszcie Oscara! Caesar w jego wykonaniu okazuje się postacią znacznie bardziej złożoną niż Gollum. Wzruszającą historię walki w obronie rodziny i przyjaciół dopełnia elektryzująca muzyka Michaela Giacchino. Nie przytłacza patosem i dobrze stopniuje napięciem. Na koniec muszę jeszcze zwrócić uwagę na znakomite zdjęcia, świetnie nadające surową i mroczną stylistykę.

Nie sądziłam, że będę pisać recenzję „Wojny o planetę małp”, ale tak, to jest film fenomenalnie zrealizowany. Nadrabiajcie szybko poprzednie części i idźcie do kina na tę.
Ocena: 9/10

czwartek, 27 lipca 2017

Olive Kitteridge - Elizabeth Strout

Kilka miesięcy temu w końcu obejrzałam obsypany nagrodami Emmy miniserial produkcji HBO z fenomenalną Frances McDormand w roli głównej. Tak bardzo emocjonalnie trafiła do mnie cała historia i poczułam więź z bohaterami, że postanowiłam sięgnąć po pierwowzór książkowy autorstwa Elizabeth Strout. W 2009 otrzymała za niego Nagrodę Pulitzera – za wybitne dokonanie w dziedzinie literatury. Po raz pierwszy powieść ukazała się pod tytułem „Okruchy codzienności”.

Akcja rozgrywa się w niewielkim miasteczku na Wschodnim Wybrzeżu, gdzie życie toczy się powolnym rytmem i na pozór dość beztrosko. Rozdziały opisują losy najróżniejszych mieszkańców, którzy zmagają się z problemami rodzinnymi, miłosnymi, rozczarowaniami, tęsknotami czy stratą. Bezsprzecznie na pierwszym planie znajduje się jednak tytułowa Olive Kitteridge – żona aptekarza i emerytowana nauczycielka matematyki.

Książka charakteryzuje się ogromną szczerością i bezceremonialnością w przedstawieniu ludzkich zmagań z codziennością i samym sobą. W każdym epizodzie występują innego rodzaju emocje i oglądamy świat z nieco innej perspektywy, dzięki czemu możemy w dużym stopniu zrozumieć zachowania wszystkich postaci. Przenikamy maski, jakie nakładają na siebie, bo zagłębiając się w historie, wiemy coraz więcej o tym, co ich ukształtowało. Jednocześnie łatwo utożsamić się z wieloma postawami, znaleźć cząstkę siebie w każdym. To pokazuje, jak świetne wyczucie ma autorka, z jaką maestrią prowadzi różne wątki, jak wiarygodne psychologicznie portrety tworzy. Równie dobrze mogłoby być to dzieło biograficzne, mieszkańcy są bowiem jakby z krwi i kości. Ich intencje, poglądy i motywy przekazano w sposób logiczny i zrozumiały. Dzięki takim pełnokrwistym i niebanalnym sylwetkom, fabuła porusza dogłębnie.

Miasteczko, w którym rozgrywa się akcja nie jest w żaden sposób wyjątkowe. Nie dzieją się tam rzeczy widowiskowe, tylko dramaty, z jakmi każdy z nas mógł mieć do czynienia na pewnym etapie swojego życia. Część z nich można określić mianem zupełnie zwyczajnych, ale właśnie to sprawia, że tak mocno rezonują w czytelniku. Najprostsze sytuacje stają się przejmujące, kiedy zawierają w sobie duży ładunek emocji. Akcja toczy się stosunkowo niespiesznie, co nadaje jej jeszcze realniejszy klimat. Czytanie „Olive Kitteridge” przypomniało mi nawet twórczość Michaela Cunninghama, którego poetyckość uwielbiam. Ważniejsze wydaje się czasami to, co dzieje się wewnątrz danego człowieka niż sytuacja wokół niego. Na kartach tej powieści śledzimy wydarzenia na przestrzeni lat, co pozwala przywiązać się do bohaterów, poznać lepiej obraz ich życia. Widzimy, jak to, co działo się z nimi kiedyś wpływa na to, co dzieje się z nimi teraz.

Najmocniejszą stroną książki jest tytułowa Olive Kitteridge. Mam ogromną słabość do zdecydowanych, kobiecych postaci, które zawsze chcą i mogą być górą. Nie chodzi mi przy tym o siłę fizyczną, raczej o pewnego rodzaju dominującą obecność. Olive okazuje się wyjątkowo szczera, bezpośrednia i chłodna. Nie ulega kompromisom i nie boi się wyrażać własnych opinii, ale jednocześnie nie jest jednowymiarowa. Gdyby Strout nie poprowadziła historii z wielu perspektyw i gdyby nie zarysowała tak dobrze życia wewnętrznego, mogłoby się wydawać, że Olive to po prostu wredna, surowa i nieczuła osoba. Poznajemy jednak dokładnie, co myśli i czuje, o czym marzy i za czym albo za kim tęskni – nie da się jej łatwo zaszufladkować. W wielu sytuacjach ujawnia swoją wrażliwość i poczucie niespełnienia. Tworzy wokół siebie pewną skorupę, żeby nie pokazać emocji. Nie chce, aby inni oceniali ją jako słabą czy rozchwianą. Pragnąc obronić się przed skrzywdzeniem i odkryciem słabości, tłumi też innych. Jedyny problem polega na tym, że Kitteridge przyćmiewa innych bohaterów, którzy wydają się nieco mniej złożeni i intrygujący.

Na kartach powieści nieustannie przewija się motyw niespełnienia i rozczarowania egzystencją. Nie wiem, czy jest w niej ktoś, kto czuje się naprawdę szczęśliwy. Występują pewne namiastki szczęścia, ludzie kurczowo trzymają się aspektów życia, które dają im bezpieczeństwo i harmonię. Często boją się albo nie chcą czegoś zmienić, bo mają jakieś poczucie stabilności, a to jest jedyną rzeczą, jakiej mogą się uchwycić. Nie są jednak spełnieni w tej stabilności. Uznają, że lepiej być nie może, więc niech pozostanie obecna, niezmieniona sytuacja. Książka stanowi fascynujący portret niedoli w najróżniejszych stopniach życia. Stylistyka jest przecudowna, przepełniona nostalgią i melancholią. Strout ma genialny styl pisarski, całość czyta się świetnie, lekko, choć przecież słowa niosą tak ogromny ciężar doświadczeń bohaterów.

Polecam „Olive Kitteridge” przede wszystkim osobom ceniącym kameralne studium codzienności oraz tym, co uwielbiają „klasyczne” opowieści osadzone w małych miasteczkach, gdzie w rzeczywistości nic nie okazuje się takie proste, jak się wydaje na pierwszy rzut oka.
Ocena: 5/6