środa, 4 kwietnia 2018

Shadowhunters (2016) - sezon 1 i 2, czyli guilty pleasure idealne?


Jeśli jesteś zapalonym widzem serialowym, prawdopodobnie masz swoje guilty pleasure. Choć nie jest ono dziełem ambitnym czy wyjątkowo odkrywczym, sprawia ci mnóstwo radości, a czasem nawet czujesz do niego zbyt mocne emocjonalne przywiązanie. Oglądam „Shadowhunters” od dwóch lat i nadal jestem zdziwiona, jak mocno zaangażowałam się w ten serial. Do tej pory pamiętam, jak pochłonęłam pierwszy sezon w dwa dni i czułam się absolutnie oczarowana postaciami. Niedługo później, wiedziona niedosytem i spragniona dalszych wrażeń w świecie Nocnych Łowców zaopatrzyłam się w całą sześciotomową serię „Dary Anioła” autorstwa Cassandry Clare, na podstawie której serial powstał.


Oto 8 powodów, dla których „Shadowhunters”, pomimo problemów fabularnych, skradli moje serce.

1. Luźne opieranie się na książkach
Usatysfakcjonowało mnie, że twórcy serialu wprowadzili wiele znaczących zmian w porównaniu z wytworami pisarki. Przede wszystkim postarzyli głównych bohaterów o co najmniej dwa lata, a więc najmłodsza, Clary ma osiemnaście lat, a nie jak w „Mieście kości” szesnaście. Akcja „Shadowhunters” nie rozgrywa się równolegle z wydarzeniami z kolejnych części serii, niektóre wątki pojawiają się wcześniej (np. relacja Aleca i Magnusa), inne znacznie później, a większość jest zupełnie nowych (np. los Jocelyn). Pewne postaci różnią się też wyglądem i historią od swoich odpowiedników z kart książek (szczególnie Luke). Serial naprawił to, co stanowiło problemy w książkach (gdzie problematycznych elementów niestety nie brakuje) i nadał im współcześniejszy charakter.

2. Zmiana po pierwszym sezonie
Po pierwszym sezonie zwiększono budżet oraz ilość odcinków na sezon. Zmieniono także częściowo ekipę pracującą nad serialem. Sprawdziły się głośne zapowiedzi mroczniejszego klimatu, lepszych efektów specjalnych, scen walki i scenografii. Drugi sezon okazał się bowiem dużo lepszy pod względem fabularnym i realizacyjnym od pierwszego. Obecnie emitowane są odcinki trzeciego sezonu i jakość wciąż zadowala.


3. Bohaterowie i ich rozwój
Już na samym początku, w nieco żenującym i (uroczo) tandetnym pierwszym sezonie zachwyciły mnie portrety psychologiczne bohaterów. Wszystkich obarczono wyzwaniami odwzorowującymi te z literackiego pierwowzoru, a przy tym pozbawiono pewnych stereotypowych przywar i nadano logiczne motywy postępowania. Clary, Jace, Alec, Isabelle, Simon, Magnus, Luke i Maia są fascynującymi i złożonymi osobowościami, mają charakterystyczne sposoby bycia, wartości i pragnienia. Nie mogę im też odmówić dużej dawki uroku, bez której nie miałabym tak często ochoty oglądać ich na ekranie. Mierzą się zarówno z problemami świata przyziemnego, jak i z nadprzyrodzoną rzeczywistością, co wpisuje się w nurt dzieł fantasy dla nastolatków. Scenarzyści „Shadowhunters” okazują się jednak na tyle pomysłowi, że odtwórczość i naiwność świata mało mi przeszkadza. Zresztą, nie skupiam się na tym, mając przed sobą tyle dynamicznie rozwijających się i świadomie poprowadzonych postaci. Nawet te trzecioplanowe zachowują indywidualność i zapadają w pamięć.

4. Relacje między bohaterami
Dzięki temu, że każdy z głównych bohaterów otrzymuje regularną dawkę czasu ekranowego, dostajemy wiele naprawdę intrygujących i niejednolitych relacji. Więzi romantyczne, rodzeństwa, przyjaźni czy konflikty przeplatają się ze sobą w siatce zaskakujących powiązań. Uwielbiam oglądać, jak się dalej rozwijają. Najlepiej napisanym związkiem jest relacja Aleca i Magnusa, która bardzo często wysuwa się na pierwszy plan.


5. Obsada
Obsada „Shadowhunters” należy bez wątpienia do moich ulubionych serialowych zespołów aktorskich. Z pasją podchodzą do swoich postaci, szanują twórczość Clare oraz fanów. Dają z siebie wszystko zarówno na planie, jak i w czasie przygotowań do zdjęć, ćwicząc sceny walk. Zarażają poczuciem humoru i czarują charyzmą.

6. Reprezentacja
Myślę, że niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak mocno zróżnicowana etnicznie jest ta obsada. Rolę Magnusa Bane’a, czarownika o korzeniach azjatyckich odgrywa Harry Shum Jr., w postacie Isabelle i Simona wcielają się Latynosi: Emeraude Toubia i Alberto Rosende, a Luke’a i Maię grają czarnoskórzy aktorzy: Isaiah Mustafa i Alisha Wainright. Na drugim i trzecim planie także nie brakuje różnorodności. Twórcy serialu postawili również nacisk na reprezentację osób LGBT+, choć nadal pozostawia ona pole do życzenia w pewnych kwestiach (punkt 8. tej listy wydaje się przydatny). Relacja czarownika i Nocnego Łowcy zostaje wprowadzona szybciej niż w książkach i jest zdecydowanie dojrzalej potraktowana. Warto również wspomnieć, że na trzecim planie znajduje się aseksualny wampir.


7. Strona audiowizualna
Wybudowana w większości w studiu scenografia współtworzy klimat produkcji, łącząc elementy klasyczne z nowoczesnymi. Wnętrza Instytutu Nocnych Łowców, loftu Magnusa czy baru Hunter’s Moon są wspaniałym tłem dla rozgrywających się wydarzeń. Obok dekoracji na uwagę zasługują doskonale odwzorowujące osobowość bohaterów kostiumy. Choć każdy ma specyficzny styl, na największe uznanie zasługują zapewne kreacje Magnusa. Serial może poszczycić się też naprawdę dobrą ścieżką dźwiękową, która już na stałe będzie mi się kojarzyć z konkretnymi scenami. Najczęściej powracam do utworów Ruelle - subtelne i zmysłowe.

8. Kontakt twórców z widzami
Niejednokrotnie twórcy „Shadowhunters” udowodnili już, że zdanie widzów niesie ze sobą dużą moc sprawczą. Nigdy nie zapomnę, jak po niezadowoleniu zakończeniem pewnego wątku w siódmym odcinku drugiego sezonu, wysłuchali zarzutów i naprawili sytuację w odcinku osiemnastym. Obsada, producenci i scenarzyści nieustannie prowadzą dialog z fanami na Twitterze, słuchają uwag, dzielą się spoilerami i wrażeniami z planu. Dodatkowo nagrywają live’y i uczęszczają na konwenty.

poniedziałek, 5 marca 2018

Moje refleksje pooscarowe 2018

Sam Rockwell, Frances McDormand, Allison Janney, Gary Oldman

Tegoroczna ceremonia rozdania Oscarów okazała się mało ekscytująca. Nie w pełni usatysfakcjonowało mnie takie zwieńczenie sezonu nagrodowego, wyjątkowo doskwierało mi ugrzecznienie i sztywność całej gali. Lubię Jimmy'ego Kimmela, ale może w następnym roku gospodarzem zostałby Kumail Nanjiani? Uwielbiam jego poczucie humoru i celne komentarze. Pomimo większości przewidywalnych zwycięzców, zdarzyło się kilka naprawdę dużych zaskoczeń, które wydawały się wprawić w osłupienie nawet samych nagrodzonych. Statuetki za 4 z 13 nominacji zdobył „Kształt wody”, a 3 z 8 – „Dunkierka”. O dziwo, największym przegranym stały się „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”, które otrzymały jedynie Oscary w kategoriach aktorskich, choć typowano je na faworyta również w innych.

Oto 7 najbardziej niezapomnianych, moim zdaniem, punktów gali.


1. Najlepszy film: „Kształt wody”
Nie ukrywam, że kiedy „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” nie zgarnęły statuetki za najlepszy scenariusz oryginalny, moja pewność co do ich zwycięstwa w głównej kategorii mocno się zachwiała. Nie mogłam jednak uwierzyć własnym oczom, kiedy wyczytano tytuł filmu Guillermo del Toro i najwyraźniej on sam też, bo aż sprawdził zawartość koperty. „Kształt wody” nie zasługuje na nagrodę za najlepszy film. Nie jest to nawet najlepsze dzieło w dorobku del Toro, a co dopiero najlepszy obraz ubiegłego roku. Za mało ma w sobie oryginalności, składa się z mnóstwa odświeżonych, ale jednak powszechnie znanych motywów fabularnych. Urzeka warstwą artystyczną, nie przeczę, ale to film Martina McDonagh zachwyca pomysłowością i nieprzewidywalnością. Szkoda, że Amerykanie tak nie docenili „Trzech billboardów...”. 


2. Najlepsza aktorka pierwszoplanowa: Frances McDormand – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”
Coraz bardziej uwielbiam Frances i bardzo cieszy mnie jej obecność w świecie kinematografii. Gdzie się nie pojawi, wnosi ze sobą mnóstwo humoru, szaleństwa i bezkompromisowości. Nie waha się mówić, co jej przyjdzie do głowy i całe szczęście udało jej się jeszcze pod koniec ceremonii nieco rozruszać towarzystwo. Oczywiście Oscar dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej powędrował do jej rąk. Drugi do kolekcji.


3. Najlepszy scenariusz oryginalny: Jordan Peele – „Uciekaj!”
Nie spodziewałam się tego! Wygląda na to, że debiutant Jordan Peele też nie. Jakże jestem szczęśliwa, że Akademia doceniła rewelacyjny, odważny scenariusz, który stanowi zresztą bezapelacyjnie najmocniejszy punkt filmu „Uciekaj!”. Peele świetnie balansuje między gatunkami: thrillerem, horrorem i kinem społecznym, tworząc uniwersalny komentarz rzeczywistości. Połączenie szalonych dosłowności z fascynującymi metaforami sprawia, że całość nabiera zadziwiającej głębi. Ach, muszę się zabrać za powtórkę tego filmu.


4. Najlepsze zdjęcia: Roger A. Deakins – „Blade Runner 2049”
Wreszcie! Dopiero 14. nominacja do Oscara przyniosła Deakins'owi zasłużoną od dawna statuetkę. Zajmował się zdjęciami do takich dzieł jak: „Skazani na Shawshank”, „Fargo”, „To nie jest kraj dla starych ludzi”, „Sicario” czy „Skyfall”. To bez wątpienia jeden z mistrzów w swojej dziedzinie, o ogromnym dorobku i doświadczeniu. Dzięki jego pracy „Blade Runner 2049” zahipnotyzował nawet tych, co nie zaangażowali się w fabułę. Przecudowne kadry!


5. Najlepszy scenariusz adaptowany: James Ivory – „Call Me by Your Name”
Kolejny specjalista w swojej dziedzinie, James Ivory otrzymał nagrodę za scenariusz do mojego ukochanego „Call Me by Your Name”. Choć nie było to zaskoczeniem, okazało się naprawdę poruszającą chwilą. Prawie 90-letni już reżyser, scenarzysta i producent ma w dorobku takie obrazy jak: „Okruchy dnia”, „Pokój z widokiem” czy „Maurycy”. Uwielbiam jego nieprzemijającą wrażliwość i doskonałe emocjonalne wyczucie bohaterów. Ogromny podziw należy mu się za to, że z książki Acimana poprowadzonej w pierwszej osobie stworzył niezwykle przejmującą i piękną historię. Skrócił oryginał, a przy tym zachował jego esencję. (Ta koszula!) Trochę tylko smutno, że to jedyne wyróżnienie dla „Call Me...".

***
Pozytywnie zaskoczyło mnie również, że wygrały moje ulubione filmy w kategoriach: krótkometrażowy dokument i krótkometrażowy film aktorski. Nie mogę nie wspomnieć o obecności na gali i zwycięstwie pięknej Danieli Vegi – „Fantastyczna kobieta”. Również Sam Rockwell odebrał oczywiście swoją zasłużoną statuetkę za rolę w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri”.


6. Najlepsza piosenka: „Remember Me”, wyk. Miguel i Natalia Lafourcade – „Coco”
Zgadza się, zwyciężyła najgorsza z nominowanych piosenek czy raczej: jedyna kiepska. Przekaz jest wspaniały, ale utwór w oderwaniu od filmu niestety zupełnie nie powala. Najchętniej nagrodziłabym „Visions of Gideon”, bo to prawdziwa perełka muzyczna i wiąże się z popisem aktorskim Timmy'ego Chalamet.


7. Najlepszy krótkometrażowy film animowany: Glen Keane, Kobe Bryant – „Dear Basketball”
Moim przewidywanym zwycięzcą był właśnie „Dear Basketball” aż do momentu, kiedy go obejrzałam... W tym roku mieliśmy inne znacznie bardziej udane nominacje w tej kategorii. Nagrodzony obraz to urocza laurka z muzyką Johna Williamsa, ale pozbawiona pomysłu, banalna i z niezbyt wyróżniającą się stroną wizualną. W dodatku koszykarz Kobe Bryant z Oscarem? Serio? Naprawdę, Akademio, nie mogliście spojrzeć obiektywnie na nominowane filmy?

niedziela, 4 marca 2018

Moje przewidywania oscarowe 2018


Najlepszy film
Wygra: „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”
Najbardziej zasługuje na wygraną: „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Ach, można się rozpłynąć w zachwycie nad tym, ile dobrych, a nawet rewelacyjnych filmów w tym roku nominowano do Oscara. O dziwo, nie wszystkie znalazły się jednak w głównej kategorii. Gdzie się podział poruszający i przepięknie zrealizowany „Mudbound”? Gdzie intrygująca w formie i brawurowo zagrana „Ja, Tonya”? Największe wrażenie zrobiły na mnie niezaprzeczalnie „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”, które są w każdym aspekcie dziełem spełnionym. Mistrzowska gra aktorska w połączeniu z niezwykle sprawnie napisaną fabułą, zadziwiająco dużą dawką komizmu i urzekającą stroną audiowizualną składają się na intensywny i niezapomniany seans. Na drugim miejscu w tegorocznym zestawieniu umieściłabym „Call Me by Your Name” (polski tytuł odrzucam, bo jest niedorzeczny). Nie ukrywam, zakochałam się w nim i od ponad czterech miesięcy siedzi mi w głowie. Przecudowna opowieść o dogłębnej miłości, pozbawiona niepotrzebnych dramatów, piękna w swej zmysłowości. W tle urocze widoki włoskiej prowincji i rozkoszna muzyka, a na pierwszym planie para z niewiarygodną chemią. O „Dunkierce” już kiedyś obszernie pisałam (LINK – zachęcam do przeczytania, bo jestem bardzo dumna z tej recenzji), szanuję ją za nietypowe podejście do tematu – różne perspektywy czasowe, słabo zarysowani bohaterowie – oraz rozmach. „Uciekaj!” to jedyna w swoim rodzaju, trzymająca w napięciu wariancja na temat rasizmu. Jakież kreatywne! Nie mam pojęcia, jak, ale „Kształt wody” się sprawdza w swej konwencji. Szalone połączenie najróżniejszych motywów, klasyczny deltorowski pierwiastek fantasy w brutalnej rzeczywistości plus emocjonalna gra aktorska dobrze się dopełniają. „Lady Bird” opiera się na intrygującej postaci tytułowej bohaterki i jej dynamicznej relacji z rodzicami czy znajomymi. Spodobało mi się szybkie tempo akcji. „Nić widmo” ma bez wątpienia hipnotyzującą warstwę artystyczną, ale fabuła wielokrotnie wzbudziła we mnie irytację. Przeskoki od banałów, przez zbyt wydumane elementy, aż do absurdów oraz kiepskie dialogi sprawiły, że nie wczułam się w relację postaci. „Czas mroku” spoczywa na barkach Gary’ego Oldmana i wybitnej oprawy wizualnej. Poza tym jest nużący, „laurkowaty” i nieporywający. O „Czwartej władzy” szkoda się rozpisywać – pomyłka w tym zestawieniu.


Najlepsza aktorka pierwszoplanowa
Wygra: Frances McDormand – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Frances McDormand – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Kocham Frances za jej niepokorny charakter, burzliwy temperament i talent aktorski. W „Trzech billboardach...” przechodzi samą siebie, kreując niesamowicie wymowny portret uparcie dążącej do celu i silnej kobiety. Pragnie ona wymierzyć sprawiedliwość za morderstwo swojej córki. Frances lśni na pierwszym planie, a przy tym nie przyćmiewa Rockwella czy Harrelsona, ale tworzy z nimi zespół aktorski najwyższej klasy. Poruszył mnie również występ Sally Hawkins w „Kształcie wody”, w której musiała oprzeć swoją bohaterkę na mimice i gestach. Absolutnie kupiła mnie swą szczerością, pragnieniem zrozumienia i urokiem. Margot Robbie w „Ja, Tonya” pokazała, że potrafi przełamać swój wizerunek, jest ambitna i zdeterminowana. Nie pozwala oderwać uwagi od ekranu. Saoirse Ronan po raz kolejny udowodniła, że choć nie zawsze dobiera dobrze filmy, potrafi naprawdę przekonująco grać. Lady Bird w jej wykonaniu to petarda energii oraz postać z krwi i kości. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam Meryl Streep, ale… nominacja za „Czwartą władzę”? Serio?


Najlepszy aktor pierwszoplanowy
Wygra: Gary Oldman – „Czas mroku”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Timothée Chalamet – „Call Me by Your Name”

Gdyby nie Gary Oldman, który swoim występem w „Czasie mroku” wciąż rozgramia konkurencję na ceremoniach nagrodowych, zapewne spełniłoby się moje marzenie o Oscarze dla Timothée’ego Chalamet. W jakim doborowym towarzystwie się znalazł! Z jednej strony Oldman wręcz nie do poznania jako Churchill i Denzel Washington z dopracowaną w każdym szczególe tytułową postacią w „Roman J. Israel, Esq.”, a z drugiej legenda: Daniel Day-Lewis w dobrej, choć niewybitnej roli projektanta w „Nici widmo” oraz Daniel Kaluuya ukazujący całą gamę emocji w „Uciekaj!” (choć nie aktorstwem ten film stoi, a scenariuszem). Kiedy przypomnę sobie rolę Timmy’ego w „Call Me by Your Name”, a szczególnie ostatnią scenę – nie mam jednak wątpliwości, na kogo ja bym postawiła.


Najlepsza aktorka drugoplanowa
Wygra: Allison Janney – „Ja, Tonya”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Allison Janney – „Ja, Tonya” / Laurie Metcalf – „Lady Bird”

W tym roku dostaliśmy aż trzy fantastyczne role matek. Allison Janney zagrała dominującą i brutalną matkę w „Ja, Tonya”. Szkoda mi wręcz, że ta rola nie okazała się większa, bo Janney naprawdę wypadła elektryzująco. W opozycji znalazła się Laurie Metcalf z nieco mniej porywczą, ale równie (albo nawet bardziej) złożoną postacią matki „Lady Bird”. Cóż to za rewelacyjnie napisana postać! Laurie absolutnie ujęła mnie tym, jak przedstawiła niejednoznaczne uczucia swojej bohaterki wobec córki. W tym roku Mary J. Blige otrzymała aż dwie oscarowe nominacje (drugą za piosenkę) za wkład w niedoceniony przez polską publiczność „Mudbound”. Doceniam jej autentyczność i wrażliwość. Gra Lesley Manville w „Nici widmo” jeszcze bardziej opiera się na subtelnościach. Miała do dyspozycji niewiele dialogów, a jednak samą obecnością i ograniczoną mimiką stworzyła intrygującą postać. Nie jest to jednak wybitna kreacja, tak samo jak ta Octavii Spencer w „Kształcie wody” – aktorka zaliczyła już znacznie lepsze role w swojej karierze, a tu przyćmiewa ją Sally Hawkins.


Najlepszy aktor drugoplanowy
Wygra: Sam Rockwell – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Sam Rockwell – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Rewelacyjna postać policjanta z wieloma obliczami, bogatym życiem wewnętrznym i ze świetnie poprowadzoną historią – Sam Rockwell nadał jej życie i wiarygodności. Absolutnie oczarował mnie charyzmą i dosłownie w tej chwili mam ochotę jeszcze raz obejrzeć „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”. Czapki z głów, panie Rockwell. Na ekranie partneruje mu jak zwykle znakomity Woody Harrelson w ekspresyjnej i emocjonującej roli. Można powiedzieć, że te postacie dobrze się dopełniają. Obsada filmu McDonagh to jakiś ewenement, cóż za kunszt aktorski. Ach, aż zapomniałam o pozostałych nominowanych. Nie zmienia to jednak faktu, że Christopher Plummer we „Wszystkich pieniądzach świata” stworzył przejmująco przerażającą postać, za którą należy mu się uznanie. Willem Dafoe w „The Florida Project” (dlaczego ten obraz ma tylko jedną nominację?) przełamuje typowy dla siebie wizerunek i gra przesympatycznego, troskliwego właściciela motelu – aż się ciepło robi na sercu na wspomnienie. Z rolą Richarda Jenkinsa w „Kształcie wody” mam podobny problem co z rolą Octavii Spencer – spisał się dobrze, ale nie na tyle, że wyróżnić go statuetką. Wymieniłabym Jenkinsa na Michaela Shannona. Gdzie wyróżnienie dla Michaela Stuhlbarga, czyli tegorocznego mistrza drugiego planuw aż trzech z nominowanych filmów?


Najlepszy reżyser
Wygra: Guillermo del Toro – „Kształt wody”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Guillermo del Toro – „Kształt wody” / Christopher Nolan – „Dunkierka”

Uwielbiam pasję i zaangażowanie, z jakimi Guillermo del Toro podchodzi do każdego projektu. Gdzie jest jego Oscar za „Labirynt fauna”? Ma cudowną wrażliwość i precyzyjne wizje historii, ale z drugiej strony „Kształt wody” zdecydowanie nie jest jego najlepszym filmem. Nie mogę przestać mówić o tym, jak rewelacyjnym filmem jest „Dunkierka”. I tak, dokonał tego Christopher Nolan, znany z szalonych wizji, a nie osadzonego w rzeczywistości kina wojennego. Pomysłowy, nie unika ryzyka i zawsze stawia przede wszystkim na efekty praktyczne. Nie ukrywam też, że bardzo szanuję pracę Grety Gerwig i Jordana Peele’a – debiutantów! Wow, tyle nominacji za pierwsze produkcje. Paul Thomas Anderson pławi się w swojej wizji w „Nici widmo” – choć nie przekonała mnie opowieść, podziwiam wysiłek przy artystycznym dopieszczeniu całości.


Najlepszy scenariusz oryginalny
Wygra: Martin McDonagh – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Martin McDonagh – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” / Jordan Peele – „Uciekaj!”

Pomysł na fabułę „Trzech billboardów za Ebbing, Missouri” jest genialny w swojej dosadności. Martin McDonagh, w obliczu licznych możliwości poprowadzenia wydarzeń, stawia przede wszystkim na nieprzewidywalność i niejednoznaczność. Nieustannie przełamuje schematy, dzięki czemu historia zaskakuje, a czasem wręcz szokuje. Zwroty akcji nie przysłaniają jednak fascynujących portretów psychologicznych bohaterów, z których każdy jest wielowymiarowy i autentyczny. Z drugiej jednak strony nie mogę nie zwrócić uwagi na pomysłowy i sugestywny scenariusz do „Uciekaj!”. Niewątpliwie to właśnie w tej kategorii obraz najbardziej zasłużyłby na statuetkę. Jordan Peele inteligentnie łączy ważne i wciąż aktualne motywy z elementami zupełnie abstrakcyjnymi. Bawi się oczekiwaniami widza, wodzi go za nos do samego końca. Uznanie należy mu się zarówno za błyskotliwe rozwiązania fabularne, jak i za świetne dialogi. Z pozostałymi nominowanymi mam właściwie podobny problem – każdy z nich w mocny sposób czerpie ze schematów, które już znamy i nie przekazuje sobą czegoś tak świeżego w treści jak wyżej wymienione tytuły. Uwielbiam humor Kumaila Nanjiani, ale „The Big Sick”, napisane wspólnie z Emily V. Gordon, ma swoje wzloty i upadki. Nie jest ani tak poruszające, ani tak zabawne, jak tego oczekiwałam. Greta Gerwig, choć zręcznie, to jednak wykorzystuje motywy z klasycznych dzieł traktujących o dorastaniu. Przyznam, że bardzo doceniam jednak przedstawienie relacji głównej bohaterki z matką. W „Kształcie wody” Guillermo del Toro ściąga sam od siebie, a także sięga do charakterystycznych scen z różnych gatunków filmowych.


Najlepszy scenariusz adaptowany
Wygra: James Ivory – „Call Me by Your Name”
Najbardziej zasługuje na wygraną: James Ivory – „Call Me by Your Name”

Cóż za różnorodność w tym zestawieniu! Nie wątpię jednak, że statuetka trafi w ręce Jamesa Ivory, który w zadziwiająco udany sposób przeniósł emocje i poetycki klimat książki na duży ekran. Jednocześnie, scenariusz „Call Me by Your Name” nie zawiera wad, jakie dotyczą oryginału, co sprawia, że jest od niego nawet lepszy. Fantastyczne kreacje Chalamet, Armie’go Hammera czy Micheala Stuhlbarga opierają się na przepięknie skomponowanym adaptacji Ivory’ego. Można się rozpłynąć nad subtelnością dialogów. W opozycji znajduje się wyjątkowo udany „Mudbound” przeplatający ze sobą losy dwóch rodzin, z których każda zmaga się z własnymi, niekiedy podobnymi problemami. To fascynujący obraz, który udało mi się obejrzeć jako jeden z ostatnich przed ceremonią. „Disaster Artist” stanowi z kolei słodko-gorzką opowieść o powstawaniu kultowego „The Room”. Pod warstwą humoru kryje się pewna nostalgia i wielowymiarowa relacja między głównymi bohaterami. „Logan” przełamuje schematy kina superbohaterskiego, prezentując brutalną i melancholijną wizję świata. W „Grze o wszystko” mamy do czynienia z angażującą historią pokerzystki w świecie wpływowych mężczyzn, napisaną wprawną ręką Aarona Sorkina.


Najlepszy film nieanglojęzyczny
Wygra: „Fantastyczna kobieta”
Najbardziej zasługuje na wygraną: „Dusza i ciało” / „Fantastyczna kobieta”

Nie ukrywam, że wytypowanie zwycięzcy w tej kategorii okazało się dla mnie dużym wyzwaniem. Z nominowanych obrazów nie zdążyłam nadrobić tylko „L’insulte”. Pozostałe miałam szczęście obejrzeć na zeszłorocznym festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Wszystkie są co najmniej dobre! „Dusza i ciało” urzekła mnie zestawieniem kontrastów – subtelna relacja miłosna w rzeźni. „Fantastyczna kobieta” prezentuje świetny portret tytułowej bohaterki i porusza wciąż, niestety, aktualny problem nietolerancji. „The Square”, choć niebezproblemowy film, zaskakuje kreatywnością, dystansem oraz nietypowym spojrzeniem na sztukę i społeczeństwo. „Niemiłość” jest z kolei chłodnym i obezwładniającym studium relacji rodzinnych.


Najlepszy długometrażowy film animowany
Wygra: „Coco”
Najbardziej zasługuje na wygraną: „Twój Vincent” / „The Breadwinner”

Za technikę malarską, którą zrealizowano „Twojego Vincenta” powinno się go odznaczyć Oscarem. Forma nie przysłania przy tym treści, choć można by rzec, że treść dobrze dopełnia formę. Nie rozumiem, dlaczego do tej pory „Coco”, czyli kolejna wzruszająca, ale jednak animacja komputerowa, pokonywało coś tak niepowtarzalnego, jak właśnie „Twój Vincent”. Niepopularna opinia: „The Breadwinner” to fabularnie najlepszy obraz z tej kategorii – autentyczny, mocno osadzony w rzeczywistości, przy tym zadziwiająco subtelnie pokazujący brutalność świata.


Najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny
Wygra: „Heroine”
Najbardziej zasługuje na wygraną: „Heaven is a traffic jam on the 405”

Udało mi się w tym roku poszerzyć swoje horyzonty na tę kategorię i ostatecznie nie oglądałam tylko „Knife Skills”. „Heaven is a traffic jam on the 405” skupia się na interesującej artystce – na tym, co tworzy, a także co ją ukształtowało. Niesamowite, jak relacje z rodzicami odbiły się na jej sztuce, a przede wszystkim rysunkach. „Heorine” w przejmujący sposób przedstawia miasto w Virginii Zachodniej, gdzie przypadki przedawkowania narkotyków dziesięciokrotnie przekraczają średnią krajową. Na pierwszym planie znajduje się poświęcająca swoje życie dla sprawy kobieta, pracująca jako strażak. „Edith+Eddie” to portret prawie stuletnich ludzie, którzy biorą ze sobą ślub, a „Traffic Stop” jawi się jako manifest przeciw brutalności policji.

Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny
Wygra: „Visages, villages”

Widziałam tylko „Strong Island” – historię rodziny, w której zamordowano syna. Bardzo sprawnie zrealizowany, ale nie byłam na tyle zainteresowana, żeby słuchać w skupieniu o losach całej rodziny. Może lepsza okazałaby się jednak krótkometrażówka. Będę strzelać, kto według mnie otrzyma Oscara w tej kategorii.


Najlepsze zdjęcia
Wygra: Roger A. Deakins – „Blade Runner 2049”
Najbardziej zasługuje na wygraną: ?

Wszystkie filmy z tej kategorii wywarły na mnie ogromne wrażenia pod względem zdjęć, co jeszcze bardziej świadczy o tym, jak silna jest stawka. „Czas mroku” prezentuje się zjawiskowo dzięki ciemnym, osnutym dymem kadrom. Natomiast „Kształt wody” zachowuje piękny klimat dzięki zachowanym w niebiesko-zielono-szarej kolorystyce zdjęciom. „Mudbound” to przede wszystkim świetnie ukazane przez Rachel Morrison widoki wsi – błoto, pola i rozlatujące się domy. „Dunkierka” z kolei oszałamia rozmachem projektu – plenerowe ujęcia na plaży, nad wodą i w powietrzu. „Blade Runner 2049” hipnotyzuje całą gamą barw i ciekawych rozwiązań artystycznych.


Najlepsza scenografia
Wygra: Paul D. Austerberry, Jeffrey A. Melvin , Shane Vieau – „Kształt wody”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Paul D. Austerberry, Jeffrey A. Melvin , Shane Vieau – „Kształt wody”

Przypomina mi się wygląd mieszkania głównej bohaterki i jej przyjaciela w „Kształcie wody”… Myślę, że to właśnie ekipie pracującej przy scenografii do tego filmu powinno się przyznać Oscara. Doceniam jednak też „Blade Runnera 2049”, u którego, choć do fabuły można się przyczepić, strona wizualna satysfakcjonuje całkowicie. „Dunkierka” i „Czas mroku”, czyli dwa przeciwne bieguny tej samej historii, świetnie oddają realia epoki. Oglądając „Piękną i bestię”, przeczuwałam, że dostanie nominację, a nie ma tam nic specjalnie zaskakującego– ot, typowa baśniowa scenografia.


Najlepsze kostiumy
Wygra: Mark Bridges – „Nić widmo”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Mark Bridges – „Nić widmo”

Cały film poświęcono tworzeniu strojów, więc bez wątpienia dostanie i powinien dostać wyróżnienie za najlepsze kostiumy. Poza tym „Nić widmo” ma w tym roku niezagrażającą konkurencję. Jak „Czas mroku”, „Kształt wody”, „Piękna i bestia” oraz „Powiernik królowej” (nie wierzę, że ten film ma jakiekolwiek nominacje) mogą się mierzyć z dziełem rąk bohatera samego Daniela Day-Lewisa?


Najlepsza charakteryzacja i fryzury
Wygra: 
Kazuhiro Tsuji, David Malinowski and Lucy Sibbick – „Czas mroku”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Kazuhiro Tsuji, David Malinowski and Lucy Sibbick – „Czas mroku”
Gdyby nie mistrzowska charakteryzacja, Gary Oldman nie mógłby się tak doskonale przetransformować w Winstona Churchilla. Ta jakże przekonująca rola wydaje się więc w równej mierze zasługą artystów z tej dziedziny. W opozycji udana, ale nie tak zjawiskowa charakteryzacja Jacoba Trembley’a z „Cudownego chłopca” oraz… naprawdę tutaj też nominowali „Powiernika królowej”? Dajcie mi zapomnieć o tym filmie.


Najlepsza muzyka oryginalna
Wygra: Alexandre Desplat – „Kształt wody”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Carter Burwell – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Pisząc ten wpis słuchałam wprawdzie głównie (nienominowanej) muzyki z „Króla rozrywki”, ale muszę przyznać, że wszystkie tytuły z tej kategorii zapadły mi w pamięć. Nie mogę jednak otrząsnąć się z wrażenia, jakie pozostawił po mnie seans „Trzech billboardów za Ebbing, Missouri” – tego, jak treść perfekcyjnie tam współgra z formą, a szczególnie z muzyką właśnie. Utwory z „Kształtu wody” są dość klasyczne w porównaniu nawet z tykającym motywem zegara z „Dunkierki”. Muzyka z „Nici widmo” nadaje jeszcze więcej artyzmu filmowi, ale wydała mi się często zbyt nachalna. Z kolei „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi” jako kolejna odsłona cyklu mają bogaty materiał, z którego mogą czerpać inspirację muzyczną.


Teraz już same konkrety, bo muszę przyspieszyć, żeby się jeszcze zdrzemnąć przed ceremonią.

Najlepsza piosenka
Wygra: "This Is Me", wyk. Keala Settle i obsada filmu – „Król rozrywki”
Najbardziej zasługuje na wygraną: "Mystery of Love”, wyk. Sufjan Stevens – „Call Me by Your Name”


Najlepsze efekty specjalne
Wygra: John Nelson, Gerd Nefzer, Paul Lambert, Richard R. Hoover – „Blade Runner 2049”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Joe Letteri, Daniel Barrett, Dan Lemmon, Joel Whist – „Wojna o planetę małp”


Najlepszy montaż
Wygra: Jonathan Amos, Paul Machliss – „Baby Driver”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Tatiana S. Riegel – „Ja, Tonya” / Jonathan Amos, Paul Machliss – „Baby Driver”


Najlepszy montaż dźwięku
Wygra: Richard King, Alex Gibson – „Dunkierka”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Richard King, Alex Gibson – „Dunkierka”


Najlepszy dźwięk
Wygra: Gregg Landaker, Mark Weingarten, Gary Rizzo - „Dunkierka”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Gregg Landaker, Mark Weingarten, Gary Rizzo - „Dunkierka”


Najlepszy krótkometrażowy film aktorski
Wygra: „The Eleven O’Clock”
Najbardziej zasługuje na wygraną: „The Silent Child”


Najlepszy krótkometrażowy film animowany
Wygra: „Negative Space”
Najbardziej zasługuje na wygraną: „Revolting Rhymes Part One”

środa, 13 września 2017

Filmy z 17. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty, które wejdą do kin w tym roku - warto obejrzeć!

Aż kilkanaście filmów z tegorocznej edycji Festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty jeszcze w ciągu najbliższych miesięcy pojawi się na ekranach polskich kin. Cieszy mnie fakt, że wśród nich znajdują się dwa, które zdecydowanie umieściłabym w najlepszej festiwalowej piątce, czyli „Droga Aszera” i „Twój Vincent”. Zaskakująco, wszystkie pozostałe oceniam także bardzo pozytywnie, co najmniej jako dobre. Jeśli nie uczestniczyliście w festiwalu albo chcecie nadrobić niektóre tytuły, gorąco polecam seanse poniższych filmów.

The Square (2017)
PREMIERA: 15 września 2017
reżyseria: Ruben Östlund
scenariusz: Ruben Östlund
muzyka: Fredrik Wenzel
produkcja: Dania, Francja, Niemcy, Szwecja
gatunek: dramat, komedia

Laureat tegorocznej Złotej Palmy o intrygującym, choć niejasnym zwiastunie stanowi wielką satyrę na sztukę współczesną i społeczeństwo. Jest jedyny w swoim rodzaju, absolutnie nieprzewidywalny i wciągający od początku do końca. Porusza aktualne tematy w oryginalny sposób i nie daje się wciągnąć w schematy. Nie boi się także przekraczać granicy absurdu, co robi zresztą z dużą precyzją i urokiem. Choć dostrzegam w filmie dużo zalet, nie należę do grona widzów uznających go za niekwestionowanego zwycięzcę T-Mobile NH. Mam problem z rolą Claesa Banga. Sylwetka głównego bohatera wydaje mi się bowiem słabo nakreślona, przez co miałam wrażenie, że oglądam kilka różnych osób, a nie jedną. Doceniam jednak błyskotliwy i zabawny scenariusz, który sprawił, że z ekscytacją śledziłam losy mężczyzny. „The Square” ogląda się lekko i na pewno przypadnie do gustu nie tylko wielbicielom festiwalowego kina.
Ocena: 7/10

Ptaki śpiewają w Kigali (2017)
PREMIERA: 22 września 2017
reżyseria: Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze
scenariusz: Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze
muzyka: Paweł Szymański
produkcja: Polska
gatunek: dramat społeczny

Film podejmuje tematykę ludobójstwa w Rwandzie, skupiając się jednak nie na samej masakrze, a na losach dwóch kobiet. Jowita Budnik wciela się w rolę ornitolożki, która ucieka z kraju, wywożąc ze sobą Claudine z plemienia Tutsi, czyli córkę zamordowanego współpracownika. Można by się spodziewać, że wspólne doświadczenia połączą bohaterki silną, przyjacielską więzią, ale sytuacja nie jest taka oczywista. Ujęło mnie, jak niejednowymiarowo przedstawiono ich relację. Zmagają się z wieloma sprzecznymi uczuciami, co prowadzi do burzliwych konfliktów. Wdzięczność i chęć pomocy mieszają się z gniewem i oskarżeniami o zniszczenie życia. „Ptaki śpiewają w Kigali” odsłania głębię psychiki, ukazując wiarygodne i przejmujące portrety postaci. Sceny wyglądają bardzo surowo i chłodno, kamera często z daleka, np. zza niedomkniętych drzwi, obserwuje rozgrywające się wydarzenia. Pozostawiam bez oceny.

Piękny kraj / God's Own Country (2017)
PREMIERA: 22 września 2017
reżyseria: Francis Lee
scenariusz: Francis Lee
muzyka: Dustin O'Halloran
produkcja: Wielka Brytania
gatunek: melodramat

Obraz przedstawia zajmującą i pełną uroku, a chwilami brutalnie szczerą historię o potrzebie bliskości i miłości. Ścierają się ze sobą dwie zupełnie różne osobowości: sfrustrowanego rolnika z Yorkshire oraz spokojnego imigranta z Rumunii. Z czasem nabierają do siebie zaufania, odrzucają sztywne przyzwyczajenia i odkrywają, czego brakuje im do poczucia spełnienia. Film sięga po klasyczne schematy i nadaje im pewną dozę świeżości. Podobało mi się, jak twórcy rozwinęli relacje rodzinne głównego bohatera, uniknęli bowiem oklepanych rozwiązań. Akcja rozgrywa się na łonie natury, nie brakuje więc naturalistycznych i surowych widoków, które świetnie wpasowują się klimat całej opowieści. Czuć aurę samotności, wręcz izolacji od świata, znakomicie łączącą się z dynamiką relacji między postaciami. „Piękny kraj” potrafi również być w nienachalny sposób zabawny i zaskakująco optymistyczny.
Ocena: 7/10

Twój Vincent / Loving Vincent (2017)
PREMIERA: 6 października 2017
reżyseria: Dorota Kobiela, Hugh Welchman
scenariusz: Dorota Kobiela, Hugh Welchman
muzyka: Clint Mansell
produkcja: Polska, Wielka Brytania
gatunek: animacja, dramat, kryminał

Jest to pierwszy pełnometrażowy film zrealizowany techniką animacji malarskiej. Najpierw wszystkie sceny nakręcono z udziałem prawdziwych aktorów (Douglas Booth, Robert Gulaczyk, Chris O'Dowd, Saoirse Ronan, Aidan Turner i in.). Później na płótnie wyświetlano pojedyncze kadry, a 115 malarzy odmalowywało wszystkie klatki składające się na poszczególne ujęcia. Przez 4 lata pracy powstało 62 tysiące obrazów, które na koniec przekształciły się w 88-minutowy film. Dzięki owym skomplikowanym zabiegom udało nadać życie twórczości van Gogha na ekranie, sceny nawiązują bowiem do różnych obrazów. Aktorów ucharakteryzowano na podstawie wizerunków wykonanych przez malarza. Jeżeli jeszcze nie przekonałam was do seansu, dodam, że „Twój Vincent” zachwyca nie tylko stroną wizualną. Nie ma tu przerostu formy nad treścią, bo fabułę skonstruowano w równie pomysłowy sposób. Opiera się na śledztwie dotyczącym przyczyn i okoliczności śmierci Vincenta, przeplatanym wspomnieniami bohaterów, którzy go znali.
Ocena: 9/10

Fantastyczna kobieta / Una mujer fantástica (2017)
PREMIERA: 6 października 2017
reżyseria: Sebastián Lelio
scenariusz: Sebastián Lelio, Gonzalo Maza
muzyka: Matthew Herbert
produkcja: Hiszpania, Niemcy, USA, Chile
gatunek: dramat

Film porusza istotne i bardzo aktualne kwestie związane z uprzedzeniami, akceptacją i trudnościami, jakie można spotkać na swojej drodze. Gdy umiera partner głównej bohaterki, powoli odsłaniają się kolejne warstwy całej historii. Nieprzychylność jego rodziny wobec kobiety szybko przekształca się we wrogość, a nawet agresję. Daniela Vega spisała się znakomicie na pierwszym planie. Zagrała wyjątkowo przekonująco, widać, że ma w sobie dużą świadomość postaci. Bez problemu niesie na swoich barkach całą produkcję, nie bez powodu tytuł brzmi przecież „Fantastyczna kobieta”. Intymny klimat uzyskano również dzięki zręcznej grze światłem oraz pomysłowym ujęciom, często z jej perspektywy. Nietrudno zaangażować się w seans, który zresztą nie pozostawia emocjonalnie obojętnym. Więcej filmów o podobnej tematyce!
Ocena: 8/10

Po tamtej stronie / Toivon tuolla puolen (2017)
PREMIERA: 27 października 2017
reżyseria: Aki Kaurismäki
scenariusz: Aki Kaurismäki
muzyka: Timo Salminen
produkcja: Finlandia, Niemcy
gatunek: dramat, komedia

Aki Kaurismäki, stały bywalec Festiwalu w Cannes, z doskonałym wyczuciem stworzył stylową mieszankę komedii i dramatu. Film łączy ze sobą dwa zupełnie niepodobne wątki. Z jednej strony oglądamy młodego mężczyznę, który po ucieczce z Syrii szuka schronienia w Finlandii. Z drugiej strony, starszy mężczyzna, Fin, bez słowa porzuca swoje dotychczasowe życie i zostaje właścicielem restauracji o wątpliwej reputacji. Obie historie okraszono dużą dawką absurdalnego, ale subtelnego humoru. Poruszają aktualne tematy, a jednocześnie mają ogromny urok. „Po tamtej stronie” charakteryzuje się osobliwym i niesamowicie wciągającym klimatem. Zatrzymana w czasie scenografia, mroczne zdjęcia i energiczna muzyka składają się na dopracowaną stronę audiowizualną. Występuje tutaj intencjonalnie niemal całkowicie pozbawiona emocji gra aktorska. Jak to powiedział aktor Sakari Kuosmanen na spotkaniu po pokazie: Aki karze rzucać swoje kwestie jak cegły na beton.
Ocena: 8/10

A Ghost Story (2017)
PREMIERA: 27 października 2017
reżyseria: David Lowery
scenariusz: David Lowery
muzyka: Daniel Hart
produkcja: USA
gatunek: dramat, fantasy, romans

Żaden film 17. edycji festiwalu nie poruszył mnie tak mocno, jak zrobiła to „A Ghost Story”. Choć twórcy dysponowali małym budżetem, udało im się stworzyć hipnotyzującą i intymną historię młodej pary, którą rozdziela nagła śmierć męża. Mężczyzna powraca do domu jako duch. W głównych rolach występuje intrygujący duet - Rooney Mara i Casey Affleck. Przed aktorką stało trudno zadanie: kamera często skupia się na długo na jej twarzy i w wielu scenach musi grać sama. Poradziła sobie znakomicie, sprawnie kontrolując emocje bohaterki i wczuwając się w jej dramat. Nie mogę nie wspomnieć sceny jedzenia ciasta - perełka! Casey z kolei głównie snuje się pod pieczołowicie skonstruowanym, wielowarstwowym prześcieradłem. Duch samą obecnością wywołuje ogromną melancholię, a wizualnie prezentuje się nader poetycko. Strona artystyczna robi wspaniałe wrażenie. Muzyka kreuje elektryzujące napięcie, targając strunami emocji widza. Zmieniające się wraz z rozwojem wydarzeń oświetlenie scen zapiera dech. Skromna produkcja, a taka cudowna stylistyka zdjęć!
Ocena: 8/10

Droga Aszera / Scaffolding (2017)
PREMIERA: 17 listopada 2017
reżyseria: Matan Yair
scenariusz: Matan Yair
muzyka: Bartosz Bieniek
produkcja: Polska, Izrael
gatunek: dramat

Ogromnie mnie ten film zaskoczył. Nie spodziewałam się niczego specjalnego, zarezerwowałam na niego miejsce bez przekonania, a ostatecznie okazał się jednym z najlepszych, jakie widziałam podczas całego festiwalu. Fabuła prezentuje się prosto i dość klasycznie. Skupia się bowiem na losach chłopaka o burzliwym temperamencie, który nawiązuje nić porozumienia z nauczycielem historii literatury. Gwałtowny charakter ucznia w połączeniu z pasją i cierpliwością wykładowcy dają fascynujące efekty. Charyzma i cięty język głównego bohatera sprawiają, że nie sposób go nie polubić. Początkowo lekka i zabawna historia przekształca się w piękne studium różnych relacji, zarówno szkolnych, jak i rodzinnych. „Droga Aszera” porusza i skłania do własnych przemyśleń. Ostatnia scena jest absolutnie mistrzowska, oczywiście nic nie zdradzę. Po pokazie zostałam na spotkaniu z reżyserem. Sam uczy historii literatury, a scenariusz napisał na podstawie własnych doświadczeń. Mężczyzna w roli krnąbrnego ucznia grał właśnie siebie sprzed lat, co nadaje roli takiego autentyzmu. Ciekawostka: twórca dostał rekordowe kilkanaście komentarzy i pytań z widowni. Niektórzy zgłaszali się tylko, aby mu pogratulować i podziękować. Parę osób ledwo powstrzymywało łzy.
Ocena: 9/10

Dzikie róże
PREMIERA: 24 listopada 2017
reżyseria: Anna Jadowska
scenariusz: Anna Jadowska
muzyka: Agnieszka Stulgińska
produkcja: Polska
gatunek: dramat

To właściwie jedyny polski film z tegorocznej edycji festiwalu, na który wcześniej zamierzałam pójść i czekałam z niecierpliwością. Wcale się nie zawiodłam, choć przyznam, że na początku czułam się nieco zaniepokojona rozwojem akcji i obserwacją bohaterów, spodziewając się banalnych rozwiązań i jednowymiarowych portretów. Niepotrzebnie. Szybko zagłębiłam się w fascynujące studium życia zmagającej się z problemami kobiety. Absolutnie urzekła mnie gra Marty Nieradkiewicz, która kolejny raz pokazała swoje niezwykłe zaangażowanie w rolę. Wielki plus należy się także charyzmatycznemu Michałowi Żurawskiemu oraz debiutującej Natalii Bartnik znakomicie wcielającej się w postać ich córki. Film opowiada o trudnych relacjach rodzinnych, dylematach moralnych, (nie)godzeniu się z rzeczywistością i stratą. Wszystko rozgrywa się w scenerii natury, na wsi, gdzie nic się nie ukryje, co tworzy przytłaczającą atmosferę niepokoju. Cieszy mnie, kiedy pojawia się polski film z tak autentyczną grą aktorską i nieprzejaskrawioną, życiową historią.
Ocena: 8/10

Filmy z tegorocznego festiwalu, które ja muszę nadrobić:

Mięso - 22 września 2017 / Photon - 6 października

Dziecko apokalipsy - 6 października / Kobieta, która odeszła - 10 listopada

piątek, 8 września 2017

Najgorsze filmy 17. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

Od 3 do 13 sierpnia we Wrocławiu miała miejsce 17. edycja Międzynarodowego Festiwalu Filmowego T-Mobile Nowe Horyzonty. W festiwalu wzięłam udział po raz trzeci i udało mi się zaliczyć aż 45 filmów. Niestety obok dobrych, a nawet znakomitych obrazów obejrzałam również kilka naprawdę beznadziejnych. Przedstawiam 4 najgorsze.

Aparat Claire / Keul-le-eo-eui Ka-me-ra (2017)
reżyseria: Sang-soo Hong
scenariusz: Sang-soo Hong
muzyka: Pa-lan Dal
produkcja: Francja, Korea Południowa
gatunek: dramat

Bez wątpienia wszyscy wybrali się na seans skuszeni obecnością Isabelle Huppert i Min-hie Kim w obsadzie. Nie przeczę, tak było również ze mną. Francusko-koreański duet aktorski wydaje się naprawdę ciekawym połączeniem. Pomysł na film zrodził się niespodziewanie w czasie spotkania reżysera oraz jego partnerki Min-hie Kim z Isabelle Huppert na festiwalu w Cannes. Całość nakręcono jeszcze w czasie ich pobytu w mieście. Fakt ten, choć brzmi jak dobra anegdota, w pewien sposób powinien naprowadzić już na jakość „Aparatu Claire”. Łatwo zauważyć bowiem spontaniczność przy tworzeniu scenariusza, która zaowocowała powstaniem nudnej i dość banalnej historyjki. Papierowe postacie snują się leniwie po ekranie, rzucają kwestiami i toczą jakieś pseudofilozoficzne dysputy, nieudolnie próbując skłonić widzów do refleksji. Jeśli nie uśnie się w trakcie i przysłucha wywodom na tematy z pozoru przełomowe i głębokie, można wyłapać małą dawkę nienachalnego humoru. Nie jest to jednak komizm wyjątkowo przekonujący czy odświeżający senną konwencję. Przyznaję, nie sposób się jednak nie uśmiechać na widok głównych aktorek. Isabelle zaskakuje, odchodząc od swojego klasycznego wizerunku. Zwykle oglądamy ją w roli chłodnej i dominującej osoby, powściągliwej w ujawnianiu uczuć. Tutaj jest uśmiechnięta, wesoła i niezwykle rozmowna – jakież to dziwne. W takim wydaniu bardzo mi się podobała, chcę więcej pozytywnej Isabelle. Jej bohaterka robi zdjęcia, a druga właśnie straciła pracę. Przypadek sprawia, że spotykają się na swojej drodze. Dynamizmu akcji nie nadaje nawet praca kamery, sceny kręcono na jednym ujęciu. Nie dość, że brakuje pomysłowości przy fabule i postaciach, to jeszcze właśnie przy warstwie artystycznej. Twórcy nie popracowali nawet nad zdjęciami, nie udają, że dążą do stworzenia czegoś nowatorskiego. Całe szczęście film trwa tyko nieco ponad godzinę.

Dziwne ptaki / Drôles d'oiseaux (2017)
reżyseria: Élise Girard
scenariusz: Élise Girard
muzyka: Bertrand Burgalat
produkcja: Francja
gatunek: dramat, komedia

Na ten film poszłam tylko ze względu na Lolitę Chammah, czyli córkę Isabelle Huppert w roli głównej. Podobieństwo tych dwóch kobiet jest zresztą porażające. O ile jeszcze „Tama”, czyli drugi film z Lolitą z tegorocznej edycji festiwalu, przedstawiała jakąś głębię relacji między postaciami i widać w niej świadome decyzje odnośnie strony audiowizualnej (wybór wielkości kadru i muzyki), o tyle „Dziwne ptaki” zawiodły mnie pod każdym względem. Główna bohaterka zatrudnia się jako pomoc w zaniedbanej księgarni. Właściciel, starszy mężczyzna, płaci jej dużo, a na klientach w ogóle mu nie zależy. (Och nie, mój opis brzmi zbyt zachęcająco.) Między nimi zaczyna się wkrótce zawiązywać romantyczna relacja. Wszystko jest tak naciągane, płytkie i nieprzekonujące, że nie sposób się emocjonalnie zaangażować w całą historię. Problem leży już u samych podstaw, scenariusz nie oferuje nic nowego. Twórcy nie grają nawet dobrze na schematach, nie potrafią stworzyć ciekawego studium psychologicznego zagubionego człowieka, popadają w banały. Dodatkowo całość okraszają sporą dawką pretensjonalnych przemyśleń, które kobieta snuje w pamiętniku. Nie wiadomo, do czego dąży ten film. Nic bowiem w nim nie ma. Najciekawiej robi się, kiedy okazuje się, że udało się jej wysprzątać całą księgarnię. (Ale w jaki okropny sposób układała te książki! W dwóch rzędach?! Nawet tego nie mogła robić ładnie?) Plusik za Paryż, bo zawsze nadaje nieco uroku. Nie ma jednak wielkiego znaczenia miejsce akcji, skoro nie obchodzi nas nikt, kto się tam znajduje i co się tam dzieje. Nadzieje związane ze stroną wizualną upadają na widok przypominających animacje z PowerPointa przejść między scenami. Mają nadać jakiś klimat? Nie wyszło. Brakuje jakiejkolwiek oryginalności czy wyczucia estetyki. Nie chce się oglądać ani jego, ani jej, ani Paryża w takiej drętwej wersji. „Dziwne ptaki” irytują i wypompowują energię z widza.

Szron / Šerkšnas (2017)
reżyseria: Sharunas Bartas
scenariusz: Sharunas Bartas, Anna Cohen-Yanay
muzyka: Eitvydas Doškus
produkcja: Francja, Polska, Ukraina, Litwa
gatunek: dramat

Widzę, co twórcy chcieli osiągnąć, jaki przekaz chcieli nadać swojemu dziełu. Widzę nawet spory potencjał zarówno pod względem fabularnym, jak i audiowizualnym. Niestety nie mogę dawać więcej gwiazdek za same dobre chęci, kiedy realizacja okazuje się absolutnie fatalna. Pomysł daje szerokie spektrum możliwości na rozwój ciekawych bohaterów i stworzenie błyskotliwego komentarza do obecnej sytuacji na świecie. Dwójka młodych Litwinów ma za zadanie przewieźć samochodem pomoc humanitarną na Ukrainę. Nie są świadomi, na co się zgadzają i z czasem ujawnia się ich ignorancja. Z założenia podróż ma ich czegoś nauczyć, akcję poprowadzono jednak w niesamowicie amatorski sposób. Wygląda, jakby scenarzyści rozpisali jedynie początek i zakończenie, a po drodze wciskali dłużące się sceny rozmów, które nieudolnie mają przekazać pewne prawdy i wartości. Nie znoszę w kinie nachalnego moralizatorstwa, a „Szron” jawi się właśnie jako esencja łopatologicznego prowadzenia historii. Koszmarne dialogi! Nie czuć nawet emocji postaci, wszystkie konfrontacje wypadają raczej dennie i żenująco. Zamiast zachęcać do głębszych przemyśleń wywołują w widzu frustrację i znużenie. Nie ma żadnego napięcia, nie ma przejmujących wyzwań. Zachowanie ludzi wydaje się często kompletnie nielogiczne, a motywacje niezrozumiałe. Nie da się nikomu kibicować, bo każdy mocno irytuje. Główni bohaterowie zasługują na wyróżnienie dla największych idiotów na pierwszym planie. Aktorzy nie próbują wyciągnąć czegoś więcej ze swoich jednowymiarowych ról. Nie pomagają nawet Andrzej Chyra i Vanessa Paradis w obsadzie. Negatywnie zaskoczyła mnie również warstwa artystyczna. Zdjęcia są do bólu przeciętne, całość kręcono tylko na dwie kamery. Szkoda, bo ekipa wyjechała na parę miesięcy na Ukrainę, a więc nie brakowało potencjału, aby chociaż wizualnie film się sprawdził. Zadziwia mnie fakt, że „Szron” wyświetlono na otwarcie festiwalu obok „Podwójnego kochanka”, „The Ghost Story” i „Kobiety, która wyszła”.

Jeannette. Dzieciństwo Joanny d’Arc / Jeannette l'enfance de Jeanne d'Arc (2017)
reżyseria: Bruno Dumont
scenariusz: Bruno Dumont
muzyka: Gautier Serre
produkcja: Francja
gatunek: musical, komedia

Ostatni dzień festiwalu, nie znalazłam intrygujących produkcji w danym bloku, więc zdecydowałam się zaryzykować i dać szansę „Jeannette”. Czego się jednak można spodziewać po musicalu o dzieciństwie Joanny d’Arc? W dodatku w reżyserii człowieka odpowiedzialnego za slapstickowe „Martwe wody”. Nie zrozumcie mnie źle – „Martwe wody” mi się podobały, ale styl Dumont w połączeniu z gatunkiem i tematyką „Jeannette” mocno obniżyły moje oczekiwania. Niezaskakująco, miałam słuszne obawy. Już w pierwszej scenie pojawia się tytułowa bohaterka i przez kilka minut śpiewa jakąś pobożną piosenkę, brodząc w strumieniu. Porywający początek. Przyznam, że perspektywa siedzenia w fotelu kinowym przez kolejne dwie godziny wydała mi się wtedy dość przerażająca. Ostatecznie wytrzymałam i nie zasnęłam, ale relacja z wydarzeń rozgrywających się na ekranie okazałaby pewnie znacznie zabawniejsza niż sam film. Jako że mamy do czynienia z pastiszem, wszystkie piosenki są przydługie oraz intencjonalnie bardzo złe, bardzo tandetne i bardzo męczące – no dobrze, do tego, aby męczyły chyba niekoniecznie twórcy dążyli. Bohaterowie prowadzają przeintelektualizowane rozważania, śpiewają i tańczą w oderwany od rzeczywistości, a głównie od muzyki, sposób. Efekt zamierzony, oczywiście, tylko dlaczego na sali śmiały się dwie osoby? Utwory o wzniosłym przekazie skontrastowano z rockową oprawą i chaotyczną choreografią. Źródłem komizmu ma być zatem pomieszanie konwencji i absurdalność sytuacji. Niezły pomysł, problem w tym, że z każdym kolejnym wykonaniem widz czuje się coraz bardziej zażenowany i zmęczony. Po jakimś czasie głupota bohaterów nie jest już nawet powodem do uśmiechu. „Jeannette” okazuje się piekielnie jednostajna – zdecydowana większość akcji rozgrywa się w tym samym miejscu, mało się zmienia również w fabule, humor przedstawia ciągle identyczny poziom, a postacie nudzą. Szkoda, że zamiast dwugodzinnego filmu nie powstała krótkometrażówka albo skecz.