niedziela, 26 lutego 2017

Moje przewidywania oscarowe 2017


Najlepszy film
Wygra: „La La Land”
Najbardziej zasługuje na wygraną: „Przełęcz ocalonych”
W tym roku filmy nominowane w głównej kategorii przedstawiają, moim zdaniem, zadziwiająco wysoki poziom. Każdy z nich oceniam jako co najmniej dobry. Bez wątpienia statuetkę zgarnie jednak „La La Land”. Choć świetny pod wieloma względami, fabularnie wypada, niestety, znacznie słabiej w zestawieniu z konkurencją. Mimo wszystko ta pięknie zrealizowana, wręcz bajkowa opowieść o marzeniach oczarowuje i chwyta za serce. Jako najlepszy film z całej dziewiątki oceniam „Przełęcz ocalonych” - fascynująca historia, niezwykle realistycznie zrealizowane sceny walki, spójna struktura i brawurowy Andrew Garfield na pierwszym planie. Na drugim miejscu stawiam „Moonlight”, który zachwycił mnie zarówno stroną techniczną, jak i ogromem emocji przekazanych w gestach i spojrzeniach. Nie mogę też nie wspomnieć o melancholinym i brutalnie szczerym „Manchester by the Sea”. Dogłębnie porusza i angażuje, choć nie ma w nim wartkiej akcji. „Ukryte działania” ogląda się doskonale, dzięki fantastycznym bohaterkom, klasycznej realizacji, wyważonej dawce humoru i wzruszeń. „Lion” z kolei nie okazuje sie już tak dobrze wyważony, pierwsza część jest bowiem ciekawsza od drugiej. Na „Fences” składają się znakomite dialogi i przekonujące aktorstwo. „Nowy początek” nie zrobił na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, nie do końca kupuję metafizyczną końcówkę. „Aż do piekła” stanowi w większości zbitkę konwencjonalnych, aczkolwiek sprawnie przeniesionych na ekran motywów i rozwiązań, stylistyką przypomina „To nie jest kraj dla starych ludzi.”. A teraz na poważnie: gdzie się podział „Człowiek-scyzoryk”, ja się pytam? 


Najlepszy aktor pierwszoplanowy
Wygra: Casey Affleck – „Manchester by the Sea”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Casey Affleck – „Manchester by the Sea”
Casey Affleck przeszedł samego siebie, Lee Chandler to prawdopodobnie jego życiowa rola. Zagrał niesamowicie autentycznie i przejmująco. Nawet z uzyciem oszczędnych środków - samym spojrzeniem potrafił przekazać wszystkie emocje targające swoja postacią. W moich oczach pozostawił konkurencję daleko w tyle, w tym roku nie ma sobie równych. Ku mojemu zaskoczeniu Andrew Garfield spisał się bardzo przekonująco w „Przełęczy ocalonych”, doskonale pasował do roli. Denzel Washington w „Fences” niemal przez cały czas mówi, dając z siebie naprawdę wszystko. Ryan Gosling w „La La Land” pozostaje w cieniu Emmy Stone, ale jednocześnie stanowią dobrany duet. Viggo Mortensen nie powala w „Captain Fantastic”, choć poradził sobie dobrze z wyzwaniem.


Najlepsza aktorka pierwszoplanowa
Wygra: Emma Stone – „La La Land”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Emma Stone – „La La Land”
Uwielbiam Emmę Stone i ogromnie się cieszę, że prawdopodobnie wygra Oscara. Dodatkowe punkty za pokonanie Meryl Streep, która wśród nominowanych znalazła się chyba tylko dlatego, że Akademia ją kocha i ma już zwyczaj wyróżniania każdej jej roli. Będę to powtarzać do końca: Hugh Grant w „Boskiej Florence” zagrał znacznie lepiej od Meryl. Wróćmy jednak do aktorek. Emma zdołała nadać głównej bohaterce „La La Land” szczerość i naturalność. W czasie seansu wręcz czułam jej emocje, razem z nią wszystko przeżywałam. Spojrzenia, które rzucała Gosling'owi niosły ze sobą większy przekaz niż słowa. Wciąż jestem pod wrażeniem jej talentu. W „Jackie” Natalie Portman po prostu stała się postacią, perfekcyjnie panując nad mową, mimiką i gestami. Isabelle Huppert to chyba najlepsza możliwa odwórczyni głównej roli w „Elle”. Potrafi bowiem przekazać siłę, chłód i dystans, widz po prostu wierzy, że bezwzględna szefowa firmy jest i zawsze będzie górą. „Loving” wydał mi się tak wyprany z emocji i kiepski, że ciężko mi się skupić na samej roli Ruth Negga. Myślę, że jest jednak rzeczywiście najmocniejszą stroną tego filmu.


Najlepszy aktor drugoplanowy
Wygra: Mahershala Ali – „Moonlight”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Mahershala Ali – „Moonlight”
Krótki czas ekranowy, ale jaka wyrazista i ważna rola! Mahershala Ali skupia na sobie uwagę widza, kreaując niezapomnianą postać. Na drugim miejscu znalazł się dla mnie Michael Shannon za solidny występ w „Zwierzętach nocy”. Gdzie nominacja dla Aarona Taylora-Johnsona, który zagrał jeszcze lepiej niż on? Pytam, bo reszta nominacji to dla mnie jakaś pomyłka. Jeff Bridges w „Aż do piekła” to klasyczny Jeff Bridges - nic nowego. Rola Deva Patela w „Lion” jest ujmująca, ale nie oscarowa. Lucas Hedges za „Manchester by the Sea”? Naprawdę? Nie przesadzajmy.


Najlepsza aktorka drugoplanowa
Wygra: Viola Davis – „Fences”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Naomie Harris – „Moonlight”
W moim odczuciu „Fences” to przede wszystkim popis aktorski Denzela Washingtona, Viola Davis dotrzymuje mu kroku na ekranie, ale według mnie mocniejszy występ zaprezentowała Naomie Harris w „Moonlight”. Pewnie dlatego, że to bardziej wymagająca rola i w dodatku nietypowa dla tej aktorki. Michelle Williams w „Manchester by the Sea” po raz kolejny udowadnia, jaką jest mistrzynią drugiego planu. Każda scena, w której uczestniczy, niesie ze sobą dużo emocji, bo potrafi niezwykle wczuć się w rolę. Octavia Spencer w „Ukrytych działaniach” poradziła sobie dobrze, ale lepiej zagrała (to w dużej mierze kwestia roli) Taraji P. Henson. Nicole Kidman z kolei nie pokazała nic szczególnego w „Lion”.


Najlepszy długometrażowy film animowany
Wygra: „Zwierzogród”
Najbardziej zasługuje na wygraną: „Zwierzogród”
W końcu obejrzałam wszystkie nominowane animacje i nadal uważam, że „Zwierzogród” jest najlepszy - zawiera dużą dawkę humoru, ironii i uroku. Miałam wysokie oczekiwania wobec „Kubo i dwie struny” i zawiodłam się nieco na konstrukcji fabularnej. Nie lubię, kiedy bohaterami kierują zupełne zbiegi okoliczności (akurat znaleźli się w dobrym miejscu) - tak jest właśnie w przypadku „Kubo”, gdzie wydarzenia są ze sobą posklejane w często zupełnie nieprzekonujący sposób. Mimo to historia wciąga i porusza. Absolutnie urzekła mnie jej strona audiowizualna i mroczny klimat. „Nazywam się cukinia” jawi się początkowo jako bajka dla najmłodszych, ale w rzeczywistości stanowi uniwersalną opowieść. Ma w sobie coś, co sprawia, że wyróżnia się na tle innych. „Moanę” ogląda się przyjemnie dzięki świetnej muzyce i sympatycznej głównej bohaterce. No i Dwayne'owi Johnson'owi, przyznaję. Fabuła wydaje się jednak dość banalna, humor też jakoś mnie nie przekonał. „Czerwony żółw” ciągnie się niemiłosiernie przez 1 godzinę i 20 minut. Doslownie przez pierwsze pół godziny facet w kółko buduje tratwę. Później historia wcale nie nabiera tempa. To jest niezły materiał na krótkometrażówkę, wtedy widz nie zdążyłby zasnąć.


Najlepszy film nieanglojęzyczny
Wygra: „Toni Erdmann”
Najbardziej zasługuje na wygraną: „Toni Erdmann”
Niemiecką komedią Maren Ade zachwycam się od ponad pół roku i nie mogę przestać. Uwielbiam ją za brak hollywoodzkiego rozmachu, kameralność, poczucie humoru, dystans, brak moralizatorstwa, niekonwencjonalność, fenomenalną grę aktorską (Sandra Hüller to mistrzyni!), scenę przyjęcia... Długo bym tak mogła wymieniać. „Toni Erdmann” powinien wygrać i najprawdopodobniej wygra, gdyż cieszy się wielkim uznaniem na całym świecie. Mam nadzieję, że Akademia nie zastosuje politycznego chwytu i nie wręczy statuetki „Klientowi”. Owszem, najnowsze dzieło Farhadi'ego jest bardzo dobre, ale opiera się na dokładnie tym samym sprawdzonym schemacie, co „Rozstanie” czy „Przeszłość”. Reżyser uwielbia bowiem stawiać swoich bohaterów przed trudnymi dylematami moralnymi. Pozytywnie zaskoczył mnie „Mężczyzna imieniem Ove”. Przez pierwszą połowę miałam sceptyczne nastawienie, ale ostatnie pół godziny całkowicie mnie przekonało do tego filmu. Okazał się w równym stopniu zabawny, co wzruszający. „Land of Mine” o grupie chłopców rozbrajających miny na duńskim wybrzeżu również nie pozwala się oderwać od ekranu. „Tanna” to z kolei takie „Romeo i Julia” w dziczy. Autentyczność aktorów sprawia, że pomysł się sprawdza. 

Tegoroczną galę poprowadzi Jimmy Kimmel

Najlepszy reżyser
Wygra: Damien Chazelle – „La La Land”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Damien Chazelle – „La La Land”

Najlepszy scenariusz oryginalny
Wygra: Kenneth Lonergan – „Manchester by the Sea”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Kenneth Lonergan – „Manchester by the Sea” / Yorgos Lanthimos, Efthymis Filippous – „Lobster”

Najlepszy scenariusz adaptowany
Wygra: Tarell McCraney, Barry Jenkins – „Moonlight”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Tarell McCraney, Barry Jenkins – „Moonlight”

Najlepsze zdjęcia
Wygra: Linus Sandgren – „La La Land”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Rodrigo Prieto – „Milczenie”

Najlepsza scenografia
Wygra: David Wasco, Sandy Reynolds-Wasco – „La La Land”
Najbardziej zasługuje na wygraną: David Wasco, Sandy Reynolds-Wasco – „La La Land”

Najlepsze kostiumy
Wygra: Mary Zophres – „La La Land”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Madeline Fontaine – „Jackie”

Najlepsza charakteryzacja i fryzury
Wygra: „Legion samobójców”
Najbardziej zasługuje na wygraną: „Legion samobójców”

Najlepsza muzyka oryginalna
Wygra: Justin Hurwitz – „La La Land”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Justin Hurwitz – „La La Land”

Najlepsza piosenka
Wygra: “City Of Stars” z filmu „La La Land” – wyk. Ryan Gosling
Najbardziej zasługuje na wygraną: “Audition (The Fools Who Dream)” z filmu „La La Land” – wyk. Emma Stone

Najlepszy montaż
Wygra: Tom Cross – „La La Land”
Najbardziej zasługuje na wygraną: John Gilbert – „Przełęcz ocalonych”

Najlepszy montaż dźwięku
Wygra: Andy Wright, Robert MacKenzie – „Przełęcz ocalonych”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Andy Wright, Robert MacKenzie – „Przełęcz ocalonych”

Najlepszy dźwięk
Wygra: Steven Morrow, Andy Nelson, Ai-Ling Lee – „La La Land”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Steven Morrow, Andy Nelson, Ai-Ling Lee – „La La Land”

Najlepsze efekty specjalne
Wygra: Robert Legato, Adam Valdez, Andrew R. Jones, Dan Lemmon – „Księga dżungli”
Najbardziej zasługuje na wygraną: Steve Emerson, Oliver Jones, Brian McLean, Brad Schiff – „Kubo i dwie struny”

Najlepszy krótkometrażowy film aktorski
Wygra: „Timecode”
Najbardziej zasługuje na wygraną: „Timecode”



Najlepszy krótkometrażowy film animowany
Wygra: „Piper”
Najbardziej zasługuje na wygraną: nie mam faworyta


Mój przegląd najlepszych filmów 2016 roku: TUTAJ.

sobota, 4 lutego 2017

Trzeci biegun - Marek Kamiński

„Trzeci biegun” Marka Kamińskiego to książka o pieszej podróży, jaką odbył z Królewca do Santiago de Compostela. Przemierzył cztery tysiące kilometrów w trzy miesiące. Droga, chociaż barwnie opisana i czasem ubrana w historyczny kontekst, stanowi tylko pretekst do refleksji na tematy motywacji, ludzkich poszukiwań i głębokich przemian.

Kamiński chciał wyruszyć w pielgrzymkę najstarszym, bo znanym od IX wieku, szlakiem europejskich pielgrzymek, który rozrósł się obecnie w „paneuropejski fenomen”. W ciągu roku wędruje nim prawie trzysta tysięcy pielgrzymów z całego świata. Pragnął stać się częścią tej wspólnoty, ale na swój własny sposób. Początkowo rozważał koncepcję jakby odwróconego kierunku: z Santiago de Compostela do Chełmskiej Góry pod Koszalinem, aby udowodnić, że „nie cel jest ważny, ale sama podróż”.

Nadał dodatkowego sensu wędrówce przez wplecenie w nią cyklu wykładów i spotkań oraz pozyskanie fundusze na szczytny cel. Opracował plan drogi od Bieguna Rozumu do Bieguna Wiary. Miał wymyślony plan. Postanowił pisać dziennik, czytać, rozważać Pismo Święte, medytować. Potem poprowadziła go droga. Były dni sielskie i słoneczne, pełne spotkań zaplanowanych i przypadkowych. Były też dni pochmurne, deszczowe, samotne, wypełnione cierpieniem z powodu bólu i wyczerpania, kiedy czas nie przynosi adaptacji, a jedynie pogłębienie udręki, kiedy nie ma siły na modlitwę. Taka wyprawa zmienia człowieka.

Książkę napisano sprawnym i przystępnym językiem. Ciekawość z jaką śledzi się przeżycia Marka skłania do refleksji i rodzi pytania do samego siebie. Czy miałabym odwagę podjąć decyzję o takiej pielgrzymce? Czego mogłabym się nauczyć i dowiedzieć o sobie? Co stanowi moją siłę? Czytając „Trzeci biegun”, towarzyszymy Kamińskiemu w jego wewnętrznej podróży. Jednak na pytania musimy znaleźć odpowiedzi sami.

Autorka: Bożena

sobota, 7 stycznia 2017

Najlepsze filmy 2016 roku

Człowiek-scyzoryk / Swiss Army Man

„Człowiek-scyzoryk” jest bez wątpienia jednym z najbardziej szalonych i oryginalnych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. Paul Dano wcielił się w rolę rozbitka, który odcięty od świata, postanawia popełnić samobójstwo. Nieoczekiwanie na horyzoncie pojawia się bohater Daniela Radcliffe’a, czyli… pierdzące zwłoki o wielu zadziwiająco przydatnych funkcjach. Mogłoby się wydawać, że tak absurdalna fabuła okaże się zupełnie niestrawna i głupia – nic bardziej mylnego. Choć pierwsze pierdy zapowiadają jedynie nonsensowną komedię, szybko okazuje się, że film kryje w sobie niezwykłą głębię i mądrość. Z jednej strony wydaje się niewiarygodnie zabawny (histerycznym śmiechom na całej sali kinowej nie było końca), ale z drugiej to prawdziwie poruszająca i refleksyjna opowieść o podróży do samoakceptacji. Nawet pierdzenie staje się metaforą. Twórcy łamią konwenanse i nie znają żadnych granic. „Człowiek-scyzoryk” angażuje całkowicie, chwyta za serce i urzeka. Skłania do przemyśleń, a można go interpretować na różne sposoby. Oprócz fantastycznego scenariusza i najwyższych lotów gry aktorskiej warto zwrócić uwagę na scenografię, charakteryzację i klimatyczną muzykę (często ją sobie puszczam w tle).
Ocena: 10/10

Służąca / Ah-ga-ssi

Najnowsze dzieło Park Chan-wooka okazuje się jednym z najbardziej spójnych i zniewalających filmów 2016 roku. Fabuła jest wielowarstwowa, a wszystko zaczyna się od pozornie prostej intrygi. Doświadczona naciągaczka (Tae-ri Kim) zatrudnia się jako służąca u bogatej arystokratki (Min-hie Kim), żeby przekonać ją do poślubienia oszusta podającego się za hrabiego (Jung-woo Ha). Film balansuje na granicy różnych gatunków: począwszy od dramatu, kryminału aż do thrillera i romansu. Opowiada o zemście, pieniądzach, pożądaniu i miłości. Niektóre sceny wydają się wyjątkowo subtelne i namiętne, a inne mroczne i perwersyjne. Sprawnie stopniowane napięcie powoduje, że „Służącą” ogląda się dosłownie z zapartym tchem. Przecudowna, wręcz olśniewająca warstwa audiowizualna doskonale współgra z pełną zaskakujących zwrotów akcji historią. Zachwyciłam się zmysłowością i hipnotycznym klimatem, intensywnie przeżywałam wszystko razem z bohaterami i zupełnie zatraciłam się w wizji twórców. O moich wrażeniach i różnych aspektach filmu pisałam również TUTAJ.
Ocena: 10/10

Zwierzogród / Zootopia

„Zwierzogród” należy do grona filmów animowanych, które oczarowują widzów w każdym przedziale wiekowym. Jest to bowiem inteligentna i przewrotna opowieść komediowo-przygodowa z zagadką kryminalną na pierwszym planie. Nie ma tu żadnego wątku miłosnego czy irytujących bohaterów (miła odmiana np. po „Krainie lodu”), tylko zręcznie zarysowana wizja świata i ciekawe osobowości. Duet ambitna króliczyca i lis-oszust znakomicie się dopełnia, a ich konfrontacje nadają dynamizm akcji. Fabuła okazuje się rewelacyjnie skonstruowana i pełna humoru. Najbardziej rozbawiła mnie scena z leniwcami oraz nawiązania do innych produkcji, m.in. „Ojca Chrzestnego” i „Breaking Bad”. Twórcy kpią z naszej rzeczywistości, ale jednocześnie głoszą wyraźny przekaz o tym, że nie powinno się kierować stereotypami i oceniać innych. Bezbłędna animacja w połączeniu z wieloma rozbrajającymi pomysłami sprawiają, że „Zwierzogród” stanowi genialne źródło rozrywki.
Ocena: 10/10

Toni Erdmann

Niemiecki komediodramat Maren Ade zdążył już zdobyć serca widzów i krytyków na całym świecie. Otrzymał nominacje do wielu prestiżowych nagród m.in. Złotej Palmy, Independent Spirit i Satelity. Okazał się również bezkonkurencyjnym hitem Europejskich Nagród Filmowych, zwyciężając we wszystkich pięciu kategoriach, w których był nominowany: najlepszy film, aktorka, aktor, reżyser i scenarzysta. Trzymam kciuki, żeby do „Toni Erdmann” powędrował Złoty Glob w kategorii: najlepszy film zagraniczny. Miałam niesamowite szczęście obejrzeć go podczas Festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Oficjalną polską premierę będzie miał 27 stycznia i gorąco zachęcam do pójścia do kina.

Fabuła skupia się na relacji ekscentrycznego Winfrieda (Peter Simonischek) z wiecznie zapracowaną córką (Sandra Hüller). Opowiada o wyłamywaniu się z własnych granic i nabieraniu dystansu do życia. „Toni Erdmann” to jeden z moich ulubieńców 2016 roku – porywający, inteligentny i podnoszący na duchu. Choć trwa ponad 2 godziny 40 minut, a akcja rozgrywa się stosunkowo powoli, ani na chwilę nie można się oderwać od ekranu. Historia jest przezabawna i czasem nieco groteskowa, kilkakrotnie niemal popłakałam się ze śmiechu. Największe wrażenie zrobiły na mnie dwie sceny: śpiewania i przyjęcia – ci, co widzieli, wiedzą, o czym piszę. Ogromne uznanie należy się też fenomenalnej Sandrze Hüller. Minęło pół roku od seansu, a ja nadal nie mogę się pozbierać po tak intensywnych i pozytywnych przeżyciach.
Ocena: 9/10

Przełęcz ocalonych / Hacksaw Ridge

„Przełęcz ocalonych” w reżyserii Mela Gibsona okazała się bezsprzecznie jednym z najlepszych filmów wojennych, jakie oglądałam w życiu. Opiera się na prawdziwych losach młodego mężczyzny, który brał udział w bitwie o Okinawę pod koniec II wojny światowej, ale z powodów moralnych nie używał broni. W bardzo przekonujący sposób ukazano motywacje głównego bohatera. Dowiadujemy się, co pozostawiło na nim silne piętno w dzieciństwie i ukształtowało jego poglądy. Nie dostajemy też żadnego nachalnego moralizowania. Andrew Garfield poradził sobie znakomicie w roli Desmonda Dossa – czyżby szykowała się nominacja do Oscara? Obok niego dobrze spisał się także Vince Vaughn. Największe wrażenie robią jednak sceny batalistyczne – niezwykle realistyczne. Jedocześnie film wydaje się dobrze wyważony, brutalność nie przytłacza. Historia jest tak nieprawdopodobna (a przecież wydarzyła się naprawdę), że śledzi się ją z szybko bijącym sercem.
Ocena: 9/10

Zwierzęta nocy / Nocturnal Animals

W swoim głośnym debiucie pt. „Samotny mężczyźna” Tom Ford popisał się ogromną wrażliwością i wyczuciem estetyki. W „Zwierzętach nocy” przechodzi samego siebie. Jako reżyser, scenarzysta i producent kształtuje elektryzującą wizję, której fragmenty przeplatają się na różnych płaszczyznach. Właścicielka galerii sztuki (Amy Adams) czyta powieść autorstwa byłego męża (Jake Gyllenhaal), która okazuje się pełną brutalności metaforą ich związku. Z minuty na minutę atmosfera gęstnieje, a główna bohaterka i widzowie stają się coraz bardziej oszołomieni. Mroczna stylistyka, nieustające napięcie i liczne zbliżenia na twarze bohaterów intensyfikują przeżycia związane z seansem. Film nie byłby tak poruszający, gdyby nie brawurowa gra aktorska Adams, Gyllenhaala, a także Michaela Shannona i Aarona Taylor-Johnsona. Moje doświadczenie kinowe okazało się wyjątkowo emocjonujące, bo siedziałam sama na sali.
Ocena: 9/10

Ostatnia rodzina

„Ostatnia rodzina” opowiada o losach rodziny Beksińskich na przestrzeni wielu lat. Na wielkie uznanie zasługuje wspaniała obsada: Andrzej Seweryn, Aleksandra Konieczna i Dawid Ogrodnik. Wyraziste sylwetki bohaterów, fantastyczna muzyka, scenografia i widoki tworzą misternie skonstruowaną wizję przedziwnej rzeczywistości. Klimat okazuje się dosłownie przejmujący. Pomimo tego, że jest to codzienność bohaterów, owiewa ją mrok i nastrój beznadziejnej melancholii. Z każdą minutą coraz bardziej odczuwalna staje się też bliskość śmierci. Ogląda się to wszystko w napięciu i ze ściśniętym gardłem. Ciężko się otrząsnąć po seansie, gdyż klimat i smutek przenikają na wskroś. Jan P. Matuszyński i pozostali twórcy nadają nową jakość kinu artystycznemu i udowadniają, że nie potrzeba dynamicznej akcji, żeby zbudować napięcie. W moim odczuciu „Ostatnia rodzina” to najlepszy polski film 2016 roku. Gdzieś za nim plasują się: „Wołyń”, „Jestem mordercą” i dokument „Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham”.
Ocena: 9/10

Paterson

Od razu muszę Was ostrzec: w „Patersonie” nie wartkiej i trzymającej w napięciu akcji. Można wręcz powiedzieć, że niewiele się tutaj dzieje. Urok i piękno tkwią bowiem w spokoju i prostocie. Najnowszy film Jima Jarmuscha pochłania się wszystkimi zmysłami. Niektórzy mogą być znudzeni oglądaniem siedmiu dni z życia kierowcy autobusu (bardzo dobry Adam Driver), który w wolnych chwilach pisze wiersze, ja jednak zupełnie rozpłynęłam się w cudownie melancholijnym klimacie. Oczarowały mnie piękne widoki, intrygująca poezja i lekka historia ze szczyptą groteski. Uwielbiam u Jarmuscha to, jak potrafi nawiązać więź z widzem – poprzez długie spojrzenia i mimikę bohaterów. Wszystkie gesty i miny wydają się naturalne, ale jednocześnie niezwykle dopracowane. Każdy szczegół sprawia, że „Paterson” jawi się jako wspaniała uczta do oka i ucha. Warto dać się porwać nurtowi codzienności lekko ekscentrycznych bohaterów i oderwać od własnej rzeczywistości.
Ocena: 8/10