wtorek, 14 sierpnia 2012

August Rush (2007), czyli poznawać świat przez muzykę

tytuł oryginalny: August Rush
reżyseria: Kirsten Sheridan
scenariusz: James V. Hart, Nick Castle
muzyka: Mark Mancina
produkcja: USA
gatunek: dramat, muzyczny

„August Rush” to porywająca i bardzo optymistyczna produkcja muzyczna. W Polsce tytuł został, według mnie niepotrzebnie, ‘przetłumaczony’ jako „Cudowne dziecko”. Produkcję odznaczono Saturnem dla najlepszego młodego aktora, Freddie’ego Highmore’a, oraz 5 nominacjami do innych nagród, w tym do Oscara. Opowiada historię chłopca, któremu na każdym kroku towarzyszy muzyka.

Jedenastoletni Evan Taylor (Freddie Highmore) mieszka w sierocińcu i bardzo tęskni za swoimi rodzicami, których nigdy nie widział. Cały czas jednak wierzy, że kiedyś ich pozna. Boi się, że jeśli zgodzi się być adoptowany, nigdy nie dojdzie do wymarzonego spotkania. Chłopiec nie ma przyjaciół, inni wyśmiewają się z niego, ponieważ jest wyjątkowy. Uważnie słucha i wyłapuje wszystkie odgłosy z otaczającego go świata. Wiatr, szum trawy, plusk wody, stukot butów i inne zwyczajne dźwięki tworzą dla niego piękną muzykę. Pewnego dnia Evan postanawia samemu wyruszyć w poszukiwaniu swoich rodziców. Nie ma żadnego planu, nie zna okolicy, ale głęboko wierzy, że osiągnie swój cel. Na swojej drodze spotyka wielu różnych ludzi. Poznaje m.in. ulicznego muzyka na emeryturze, zwanego Czarodziejem (Robin Williams). Mężczyzna uczy uzdolnione dzieci gry na gitarze i zapewnia im schronienie, w zamian za pieniądze zarobione od hojnych przechodniów. To właśnie on odkrywa talent i niesamowity słuch u Evana, uczy go gry na gitarze i nadaje imię August Rush. Równolegle do historii Evana, poznajemy losy świetnej wiolonczelistki, Lyly Novacek (Keri Russell) oraz wokalisty rockowego zespołu, Louisa Connelly (John Rhys Meyers), od czasu, gdy pierwszy raz się spotkali i w sobie zakochali. 


„August Rush” to interesujące i inspirujące dzieło. Nie ma w nim wartkiej akcji, ale na ekranie cały czas się coś dzieje. Smuci, śmieszy, wzrusza, a przede wszystkim absorbuje. Zaciekawiła mnie niezwykła historia chłopca podążającego za dźwiękami. Scenariusz przedstawia dobry poziom. Nie jest raczej zaskakujący, ale to nie na tym polega urok tej produkcji. Wydarzenia w niej przedstawione są porywające i układają się w zgrabną, choć nieprawdopodobną całość. Mam zastrzeżenie, co do dialogów - wydały mi się trochę nienaturalne i niezbyt wiarygodne. Główny element i ogromny plus dla tego filmu stanowi niepowtarzalna i piękna muzyka. To właśnie ona nieustannie prowadzi i podtrzymuje wiarę Evana, jest sensem jego życia. Spodobało mi się połączenie muzyki klasycznej z utworami rockowymi. Urzekło mnie to, jak dźwięki z otoczenia tworzą, dzięki wyobraźni chłopca, kapitalne piosenki. Wszystkie utwory wydają się niezwykłe i doskonale wpasowują się w nieco baśniowy charakter tego filmu i stały się cudownym tłem wydarzeń.



Kostiumy i scenografia zostały, moim zdaniem, całkiem dobrze dobrane, chociaż zabrakło mi czegoś bardziej charakterystycznego. Zwróciłam uwagę na strój i charakteryzację Robina Williamsa – niechlujne ubranie, kapelusz na głowie, po kilka kolczyków w uszach i dużo pierścieni na palcach. Na koniec przejdę do aktorstwa, które prezentuje się naprawdę przyzwoicie. Szczególnie warto wyróżnić młodego Freddie’go Highmore’a, który wcielił się w tytułową rolę. Chłopiec poradził sobie wspaniale i zagrał jedną z najlepszych ról w swojej karierze. Świetnie ukazał emocje swojego bohatera, a najbardziej radość, która go przepełnia podczas słuchania. Gdy robi to, co kocha – tworzył muzykę, emanuje ogromnym szczęściem i czuje się spełniony. Keri Russell zagrała przeciętnie, nie przekonała mnie. Miałam wrażenie, że przez cały czas miała tę samą minę i niewiele wniosła do postaci wiolonczelistki żarliwie poszukującej swojego syna. Według mnie lepiej poradził sobie John Rhys Meyers w roli muzyka rockowego, który na pozór nie wydaje się taki wrażliwy, jakim jest naprawdę. Dobrze ukazał bardzo sprzeczne uczucia nim targające, jego dążenie do szczęścia, które stanowi zarówno muzyka, jak i miłość. Robin Williams jako Czarodziej wypadł znakomicie, nieustannie przykuwa wzrok.

„August Rush” zrobił na mnie pozytywne wrażenie i uważam, że jest naprawdę godny uwagi. Seans zapewnił mi dużą przyjemność, dlatego serdecznie polecam.
Ocena: 8/10

4 komentarze:

  1. Naprawdę ciepły i przyjemny film, coś dla całej rodziny, na niedzielne popołudnie. Pamiętam, że nie zrobił na mnie jakiegoś specjalnie wielkiego wrażenia, ale ogląda się to z wielką przyjemnością. Bardzo dobrze wspominam rolę Robina Williamsa, ale faktycznie, wszyscy zagrali przyzwoicie. Młody Hihmore, który powolutku zdobywa swoje miejsce w Hollywood (świetna rola w Marzycielu i ciekawa chociażby w Burtonowej Fabryce Czekolady), naprawdę daje radę. Bardzo fajne są fragmenty z jego grą na gitarze. Ciekawe, pozytywne kino:)
    Super recenzja:)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Polski tytuł nie był tu w ogóle potrzebny, ale jak wiadomo tłumacze wiedzą lepiej :)
    Oglądałam ten film dość dawno temu. Bardzo przyjemny film, a to co mi najbardziej pozostało w głowie to muzyka. Wiele rzeczy było trochę naciąganych, ale nie o perfekcję tu chodzi, a o przyjemnie spędzony czas. A ten film to gwarantuje :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubiętego typu filmy, przekonałaś mnie i obejrzę niebawem :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Ach, popłakałam się na tym filmie:) Bardzo ładna bajeczka:)

    OdpowiedzUsuń