sobota, 30 marca 2013

Holy Motors (2012), czyli sen wariata

tytuł oryginalny: „Holy Motors”
reżyseria: Leos Carax
scenariusz: Leos Carax
muzyka: Caroline Champetier
produkcja: Francja, Niemcy
gatunek: dramat, surrealistyczny

Gdybym miała wskazać najdziwniejszy film, jaki widziałam w ostatnim czasie, bez wahania wybrałabym „Holy Motors”. W 2012 roku było o nim dość głośno, jednak mam wrażenie, że niewiele osób tak naprawdę wiedziało o czym opowiada ta produkcja. Ba, nawet po seansie nie można być tego pewnym. Znałam tytuł jedynie ze słyszenia, więc na obejrzenie zdecydowałam się zupełnie nieświadomie.

Oscar (Denis Lavant) podróżuje białą limuzyną w towarzystwie swojego szofera i pomocnicy, Céline (Édith Scob). Przemierza ulice Paryża, ponieważ ma do wykonania kilka ważnych zadań. W teczce pozostawiono mu dane pewnych ludzi. Ma przybrać ich tożsamości, zakładając maski i zmieniając stroje. Staje się m.in. żebrakiem, muzykiem, ojcem dziewczyny wracającej z imprezy, aktorem nagrywającym sceny motion capture, karłem z nory, czy zabójcą. 


„Holy Motors” to niesamowita i szalona wizja reżysera i scenarzysty w jednej osobie (nie dziwota). Przypomina sen, w którym zdarzyć się może wszystko, ale tak naprawdę nie wiadomo o co dokładnie chodzi. Absurd goni absurd, na ekranie chwilami panuje totalny chaos. Nic nie ma sensu, wydarzenia nie składają się w spójną całość. Wydaje mi się jednak, że nie to było zamierzeniem twórcy. Niewątpliwie pozostawia nam tu pole do własnej interpretacji. Dzieło może być alegorią pracy aktora, który wcielając się w różnych bohaterów traci zawsze cząstkę siebie. Celem może być też ukazanie ludzi, którzy na co dzień pokazują wiele różnych oblicz. Na pewno obraz trzeba traktować nieco z dystansem i przymrużeniem oka, przez co wydaje się dość zastanawiający. Prześladuje mnie pytanie, co tak naprawdę autor miał na myśli i po co ten cały cyrk? A cyrk jest wprost niebywały, mamy galę barwnych i niewiarygodnych bohaterów, niezwykłe miejsca i zadziwiające zachowania.


Warto zwrócić uwagę na to, jak zachowuje się widz w obliczu tego, co dzieje się przed jego oczami. Słyszałam niejedną opinię o tym filmie, w której różne osoby podkreślały niesmak, jaki u nich wywołał. Zgadzam się, momentami okazał się odrzucający i niemiły dla oka. Sceny w studiu motion capture nie wywarły na mnie pozytywnego wrażenia, a raczej niechęć. Najbardziej niepokojącą postacią stało się jedno z wcieleń Oscara, karzeł biegający w cudacznym zielonym wdzianku i boso, zjadający wszystko po drodze. Nieustannie mamrocze coś niezrozumiale pod nosem, porywa nawet Evę Mendes z sesji zdjęciowej na cmentarzu. Brrr…


Scenariusz jest tak zdziwaczały, że ciężko mi go ocenić. Spodobał mi się jedynie prolog dotyczący tajemniczej sali kinowej. Na plus należy zaliczyć także barwnych i wyrazistych bohaterów, którzy niestety (a może stety?) okazują się dla widza wielką zagadką i na dobrą sprawę nic właściwie o nich nie wiadomo. Film wydał mi się bardzo nieskładny i niezrozumiały, przedstawione wydarzenia są nieuporządkowane i jakby pourywane, przez cały czas zastanawiałam się co ja właściwie oglądam. Nie występuje tu żadna logika, umiar i jak widać dla twórców nie ma żadnych granic. Niestety fabuła nie staje się przez to ciekawsza i bardziej wciągająca, wręcz przeciwnie - wieje nudą, a pod koniec prawie zasnęłam. Może jestem ignorantką, ale nie trafia do mnie takie kino, nie skłania mnie do refleksji i przemyśleń.


Trzeba docenić jednak aktorstwo, które w tej produkcji przedstawia naprawdę porządny poziom. Denis Lavant, który wcielił się w rolę Oscara i jego wcieleń, zagrał wręcz znakomicie. Z łatwością przeistaczał się w tak różne od siebie osoby i w każdej postaci wypadł niezwykle przekonująco. Wczuł się w nie i dzięki temu świetnie ukazał ich emocje. Doskonale poradził sobie z postawionym mu zadaniem i nominacja do nagrody Cezar wydaje się jak najbardziej uzasadniona. Eva Mendes I Kylie Minogue nie mają tu wiele do zrobienia, o ile ta druga jeszcze śpiewa, to pierwsza pozostaje jakby nieświadoma całej akcji. W zmianach wizerunku głównego bohatera niezbędna okazała się wspaniała charakteryzacja. Jest to chyba najmocniejszy element tego dzieła, dzięki któremu wszystkie wcielenia stają się bardziej realistyczne. Kostiumy również są przyzwoite, a muzyka energetyczna, choć niezbyt charakterystyczna.

„Holy Motors” to pokręcony i nielogiczny film, który nawet po seansie pozostaje tworem niejasnym i niepokojącym. Pozostaje w pamięci na długo, ale uwierzcie mi, to wcale nie jest jego zaletą. Nie polecam, seans tylko na własną odpowiedzialność!
Ocena: 3/10

3 komentarze:

  1. Absolutnie się zgadzam... ja tego filmu bez instrukcji obsługi nie jestem w stanie skumać. Jednej wielki bełkot. No dobra, może sztuka, której absolutnie nie rozumiem :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Faktycznie dziwny i pokręcony to film, choć może osobiście nie powiedziałbym, że nielogiczny. Kilka scen robi ogromne wrażenie. Całość jednak trudno ogarnąć, a nawet na ile zrozumiałem zamysł, to raczej i tak nie wystarczy, abym uznał ten film za wybitny. Myślę jednak, że obejrzenia warty.

    OdpowiedzUsuń
  3. Słyszałam już sporo różnych opinii o tym filmie, ale żadna nie zachęciła mnie do seansu:)

    OdpowiedzUsuń