niedziela, 18 sierpnia 2013

Była sobie dziewczyna (2009), czyli szkoła życia i miłości

tytuł oryginalny: „An Education”
reżyseria: Lone Scherfig
scenariusz: Nick Hornby
muzyka: Paul Englishby
produkcja: USA, wielka Brytania
gatunek: dramat

Dzisiaj trudno jest znaleźć oryginalny film, w którym motyw przewodni stanowi miłość. Są to albo boleśnie przewidywalne i banalne historie ze szczęśliwym zakończeniem, albo te o tragicznych zauroczeniach, straconej szansie, kłamstwach czy rozczarowaniach. Kino ma nam w tym zakresie do zaoferowania już niemal wszystko. Między innymi „Była sobie dziewczyna” Lone Scherfig.

Jenny Mellor (Carey Mulligan) ma szesnaście lat i dorasta w Londynie w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Jest inteligentna i bystra, w szkole ma świetne stopnie. Czas spędza ucząc się, grając na wiolonczeli. i rozwijając swoje zamiłowanie do wszystkiego, co z Francją związane. Jej rodzice stawiają duży nacisk na dobrą edukację i chcą, by studiowała na Oksfordzie. Pewnego dnia, dziewczyna spotyka szarmanckiego i zamożnego Davida Goldmana (Peter Sarsgaard), który jak ona lubi muzykę klasyczną. Oczarowana jego towarzystwem, staje się bywalczynią bogatych knajp, prestiżowych wystaw, słynnych koncertów i luksusowych hoteli. Poznaje także jego przyjaciół Helen (Rosamund Pike) i Danny’ego (Dominic Cooper).


Tym razem polscy dystrybutorzy wybrali tytuł bardzo trafnie. Jest to bowiem prosta historia z życia pewnej zwyczajnej uczennicy, której życie niespodziewanie staje do góry nogami. Zaczyna się od nudnego i deszczowego popołudnia. Nieznajomy ofiarowuje podwieźć ją, całą przemoczoną do domu, pod pretekstem ochrony wiolonczeli. Wydawałoby się, że to dość pretensjonalny początek, co właściwie może być zaskakującego w ich historii? Rzeczywiście, „Była sobie dziewczyna” nie przedstawia nic odkrywczego, taka tematyka nie jest przecież niczym nowatorskim. Z drugiej jednak strony, twórcy snują całą opowieść z takim zaangażowaniem i lekkością, że ani na chwilę nie wyczuwa się wtórności gatunku. Ogląda się ją fantastycznie i z dużą przyjemnością, pomimo niewątpliwych wad i niedociągnięć. Nie nudzi, choć rozwój wydarzeń ostatecznie okazuje się dość przewidywalny.


Angielski tytuł „An Education” można rozumieć dwojako. Po pierwsze odnosi się on do nowych doświadczeń, jakie zdobywa Jenny pod okiem Davida, dotyczących najciekawszych sposobów spędzania wolnego czasu, rozrywek, podróży i miłości. Mężczyzna uczy ją cieszenia się każdą chwilą i spełniania swoich marzeń zanim będzie za późno. Pierwsza połowa filmu to część wzajemnego poznawania się, fascynacji i radości. Później klimat się zmienia, wręcz czuć, że coś jest nie tak w tym sielskim obrazku. W końcu dziewczyna dostaje prawdziwą szkołę życia i zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę nie ma nic za darmo i na skróty, a na szczęście trzeba sobie zapracować. W tej drugiej części akcja wkracza na grząski grunt, w którym twórcy nie czują się chyba zbyt pewnie. Fabuła powoli traci swój urok i staje się trochę chaotyczna. Mam wrażenie, że zamiast garści przemyśleń, twórcy pozwalają sobie na zbytnie moralizatorstwo i podniosłość. Obsypują widza mądrościami z ust już ‘nawróconej’ Jenny. Okazuje się to wyjątkowo nierealistyczne i naciągane, tym bardziej, że jej nic (może oprócz łaciny) nie wydaje się sprawiać żadnego problemu.


Dzieło w dość ciekawy sposób ukazuje kontrast pomiędzy szarą i monotonną szkołą oraz barwnym i bogatym otoczeniem Davida. Można je w pewien sposób utożsamić ze światem dzieci i dorosłych oczami nastolatki. Tło opowieści tworzą tutaj znakomite i piękne kostiumy i dobrze dopasowana scenografia. Ścieżka dźwiękowa, podobnie jak cały film, jest żywa i przyjemna w odbiorze. Tym, co sprawia, że po raz kolejny dajemy się nabrać na tego typu historię i czerpiemy nieukrywaną radość z seansu, okazuje się… czarująca Carey Mulligan. Nie przypominam sobie, kiedy widziałam, żeby ktoś grał z taką lekkością i wdziękiem jak ona. Spisała się znakomicie i niezwykle przekonująco właśnie za sprawą swojej naturalności. Ma ogromne wyczucie, wydaje się, że wie dokładnie jak zachowałaby się Jenny w każdej sytuacji. Za swoją nietuzinkową kreację otrzymała nagrodę BAFTA, BIFA, a nawet nominację do Złotego Globu i Oscara. Oko cieszy również niezła, ale niewybitna obsada drugoplanowa. Bez wątpienia warto wyróżnić charyzmatycznego Alfreda Molina, moim zdaniem, niedocenionego aktora. Wcielił się w rolę ojca głównej bohaterki, którego intencji chwilami jednak nie potrafiłam zrozumieć. Obok niego pojawia się także powściągliwy Peter Sarsgaard, uwodzicielski Dominic Cooper, zabawna Rosamund Pike i surowa Emma Thompson.

„Była sobie dziewczyna” nie jest kinem wybitnym, ale naprawdę przyzwoitym i miłym dziełem. Idealny dla relaksu; warto po niego sięgnąć także dla cudnej Carey Mulligan.
Ocena: 6/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz