środa, 21 sierpnia 2013

Miłość przez małe m - Francesc Miralles

Wszystko, co dobre, zaczyna się od kota.
Dziękujmy, bo chociaż dziś nie nauczyliśmy się wiele,
To przynajmniej nauczyliśmy się trochę,
A jeśli nie nauczyliśmy się trochę,
To przynajmniej nie jesteśmy chorzy, a jeśli jesteśmy chorzy,
To przynajmniej nie umarliśmy, dlatego dziękujmy.

Nie ukrywam, że do przeczytania tej książki zachęciła mnie głównie urocza okładka. Intrygujący tytuł i ckliwy opis na tylnej okładce nie wróżyły jednak niczego odkrywczego. Dałam się zwieść pozorom, zamiast komedii romantycznej z kotem w tle otrzymałam coś zupełnie innego. Po „Alefie” Paula Coelho jestem nastawiona bardziej pozytywnie do literatury tego typu. „Miłość przez małe m” to bowiem barwna opowieść refleksyjno-filozoficzna.  

Samuel ma trzydzieści siedem lat, jest wykładowcą i raczej samotnikiem. Nowy Rok wydaje się zwiastować mu niezwykłe zmiany w życiu. Wszystko zaczyna się od natarczywego drapania do drzwi i spodeczka mleka. Wkrótce niezwykły, bezpański kot staje się już jego wiernym, choć niepokornym towarzyszem. Nadaje mu imię Mishima, od nazwiska Japończyka, autora „Marynarza, który stracił łaskę morza”. Za sprawą zwierzątka poznaje swojego sąsiada, starszego pisarza, Tytusa. Spotyka też utraconą miłość z dzieciństwa, szalonego Valdemara i tajemniczego bywalca kawiarni, który spędza tam zawsze dokładnie siedemnaście minut.

„Nic nie jest przypadkowe” to hasło reklamujące „Atlas Chmur”. Jeżeli David Mitchell miał mnie do tego przekonać, to pokuszę się o stwierdzenie, że Francesc Miralles zrobił to lepiej. Hiszpan doskonale ukazuje, jak zwykłe, nawet niewiele znaczące czyny i gesty mogą wpłynąć na całe życie. Podkreśla wagę dobrych uczynków, siłę przyjaźni i potęgę miłości. Snuje prostą, ale fascynującą opowieść o poszukiwaniu szczęścia. Niesamowita podróż Samuela rozpoczyna się w zaskakujący, ale jednocześnie realistyczny sposób – od przygarnięcia bezdomnego kota. Mishima wprowadza u niego pierwsze zmiany, jego postać powoli usuwa się jednak na drugi plan. Atutem tej powieści są wiarygodni i wyraziści bohaterowie. Mamy tu wyjątkową, choć skromną galę indywidualności: głównie samotników i dziwaków. Cóż może być bardziej pasjonującego od wsłuchiwania się w ich rozmowy i rozważania?

„Miłość przez małe m” niewątpliwie nie należy do literatury wybitnej. Biorąc pod uwagę samą tematykę, jaką porusza, jest to lekka i niezobowiązująca opowieść. Autor stara się jak może, żeby nabrała głębszego sensu i przesłania. W większości udaje mu się osiągnąć swój cel. W (niestety) bardzo krótkich, ale dosadnych rozdziałach dzieli się swoimi refleksjami na temat życia, śmierci, miłości i radości. Nie boi się przy tym czerpać garściami, inspirować  i podpierać wieloma innymi dziełami czy cytatami. Jego przemyślenia często okazują się naprawdę interesujące i trafne. Ustami swoich postaci filozofuje, ale nigdy nie przesadza i nie zanudza czytelnika.

Styl pisarski Miralles’a pozostawia pewne wątpliwości. Mam wrażenie, że przyjął on sobie do serca zasadę, że nie warto się zbytnio rozpisywać. Nie poświęca dużo uwagi opisom, choć potrafi cały akapit opisywać mycie naczyń. Stara się nie wdawać w szczegóły danej przygody, choć właściwie dzięki temu powieść czyta się szybko. Rozdziały dłuższe niż dziesięć stron to zbrodnia, więc przeciętny zajmuje u niego około cztery. Pomimo wszystko, lektura naprawdę sprawia przyjemność i przyprawia o zadziwiająco dobry nastrój.

„Miłość przez małe m” to błyskotliwa, lekka i inspirująca książka. W wolnej chwili, dla dziwnych perypetii Samuela – warto!
Ocena: 4/6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz