poniedziałek, 30 września 2013

Czarny łabędź (2010), czyli odkrywanie samego siebie

tytuł oryginalny: „Black Swan”
reżyseria: Darren Aronofsky
scenariusz: Mark Heyman, John J. McLaughlin, Andres Heinz
muzyka: Clint Mansell
produkcja: USA
gatunek: dramat, psychologiczny

W niektórych filmach ciężar całej opowieści spoczywa na barkach jednego aktora. Jakość jego gry i siła przekonywania może więc łatwo przesądzić o sukcesie lub porażce danego obrazu. Doskonałym przykładem jest Tom Hanks w „Cast away – poza światem”, który przez większość czasu pozostaje na ekranie sam i okazuje się naprawdę brawurowy. Podobna sytuacja ma miejsce w „Rzezi” Polańskiego. Do tego grona warto zaliczyć również fenomenalną Natalie Portman, dzięki której „Czarny Łabędź” potrafi zachwycić widza.

Młoda Nina Sayers (Natalie Portman) tańczy w jednym z najlepszych zespołów baletowych w Nowym Jorku. Panuje tam surowa dyscyplina, żelazne zasady i bezwzględna konkurencja. Dziewczyna ciężko pracuje, czas spędza głównie na ćwiczeniach, a w domu czeka na nią apodyktyczna matka. U kresu kariery jednej z najsławniejszych baletnic, Beth Macintyre (Winona Ryder), rozpoczyna się casting do nowej odsłony „Jeziora Łabędziego”. Główną rolą jest postać Odett, królowej łabędzi, która odkrywa przed widownią swoje dwa wcielenia – niewinnego i płochliwego Białego Łabędzia oraz mrocznego i złowieszczego Czarnego Łabędzia. Nina świetnie radzi sobie w delikatniejszej odsłonie, ale aby dostać angaż musi pokazać się też od zupełnie innej strony. Za wszelką cenę dąży do perfekcji, ale nie potrafi się zatracić w tańcu. Gdy w grupie pojawia się odważna i wyzywająca Lily (Mila Kunis), zaczyna się u niej rozwijać obsesja.


„Czarny Łabędź” w pasjonujący sposób opowiada o zmaganiu się z samym sobą, próbach odkrycia prawdziwej tożsamości i poszukiwaniu akceptacji. Sam pomysł okazuje się wyjątkowo niekonwencjonalny i intrygujący. Fabuła skupia się bowiem ciasno wokół głównej bohaterki, jej życia wewnętrznego i ukrytych pragnień. Widzimy świat jej oczami – niedojrzałej i ograniczonej przez matkę dziewczyny, dla której najważniejszą wartością jest nieustanne dążenie do perfekcji. Chcąc zaspokoić niespełnione ambicje i wysokie oczekiwania, zamęcza się i trenuje do utraty sił. Twórcy pozwalają nam towarzyszyć Ninie w chwilach jej wzlotów i upadków, zwątpieniu i radości. Zatracenie się w tańcu stanowi metaforę czerpania z życia pełnymi garściami, realizowania swoich marzeń i poznania samego siebie.


Historia okazuje się niezwykle przejmująca i ciekawa. Mam jednak wrażenie, że czegoś w niej brakuje, a temat mógłby zostać bardziej rozwinięty. Fabuła jest nieco jednostajna, choć niewątpliwie trzyma w napięciu do samego końca. Brak mnogości wątków powoduje, że równowaga między formą a treścią zostaje zachowana.
Natalie Portman spisała się znakomicie i niezwykle przekonująco w roli Niny Sayers. Stworzyła wyjątkową kreację, którą dostrzegła Amerykańska Akademia, odznaczając ją Oscarem. Aktorce udało się z dużą ekspresją i niewymuszonym wdziękiem oddać wszystkie cechy swojej postaci. Część sekwencji baletowych wykonywała samodzielnie, w niektórych zastępowały ją profesjonalne tancerki. Obok Portman udany występ zaliczyła także czarująca Mila Kunis jako Lily, czyli zupełne przeciwieństwo układnej Niny.


Głębokie emocje stają się intensywnie odczuwalne również dla widza poprzez zgrabnie skonstruowany scenariusz i ciekawie rozpisanych bohaterów. Seansowi towarzyszy nieustający niepokój, który pogłębia się w miarę rozwoju akcji, gdzie baletnica doznaje coraz więcej omamów i halucynacji. Nieco melancholijny klimat potęguje użycie oszczędnych środków wyrazu i mistrzowska praca kamery. Twórcy w równym stopniu i z precyzją operują zbliżeniami, półzbliżeniami i panoramami. Sprawiają, że każde ujęcie wydaje się inspirujące i niepowtarzalne. Reżyser poświęca się spokojnej kontemplacji zmysłowości i piękna ludzkiego ciała. Mroczna strona artystyczna jest niesamowitym kontrastem wobec delikatności i gracji niezbędnej w balecie. Scenografia, kostiumy i ścieżka dźwiękowa Clinta Mansella wyśmienicie współgra i dopełnia przedziwny charakter tego dzieła.

„Czarny Łabędź” wyłamuje się ze schematów, zahaczając chwilami o kino psychologiczne. Porywa i naprawdę na długo zapada w pamięci. Z pewnością warto po niego sięgnąć.
Ocena: 8/10

4 komentarze:

  1. Bardzo dobra recenzja.Przeczytałam z duża ciekawością i podziwem. Ja tak skupiłam się na Ninie, że nie dostrzegałam nawet Winona Ryder, dopiero w Twojej recenzji natknęłam się na jej nazwisko.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się, ze to dobry film, ale mi nie zapadł głęboko w pamięć. Zastanawiałam się ostatnio czy by go nie obejrzeć jeszcze raz. Ciekawe jakbym teraz ten film zinterpretowała.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zinterpretujesz koleżanko ranę , która widnieje na przedstawieniu ? moim zdaniem jest to coś , czego w tym filmie brakuje . Mianowicie pustka ... coś co jest , a czego nie ma . "jestem niczym !"

    OdpowiedzUsuń