czwartek, 31 lipca 2014

Frank (2014), czyli w poczuciu spełnienia

tytuł oryginalny: „Frank”
reżyseria: Leonard Abrahamson
scenariusz: Jon Ronson, Peter Straughan
muzyka: Stephen Rennicks
produkcja: Irlandia, Wielka Brytania
gatunek: dramat, komedia

Na przekonujący występ aktorski składa się wiele czynników. Czasem liczy się niezwykła ekspresyjność, a innym razem powściągliwość i opanowanie. Do dyspozycji znajdują się różnorodne środki wyrazu, które umożliwiają przekazanie gamy emocji i ułatwiają wczucie się w daną rolę. Najważniejsza wydaje się przede wszystkim wiarygodność w kreowaniu postaci. Decydujące znaczenie mają ogólna postawa, gestykulacja, a także mimika. Co dzieje się jednak, gdy nie widać twarzy aktora? Jak odczytać jego skryte uczucia? Podobne pytania mogą zadawać sobie widzowie przed seansem „Franka”.

Jon (Domhnall Gleeson) pragnie wreszcie wcielić życie swoje marzenia związane z muzyką. Pełen niespełnionych ambicji próbuje pokonać niemoc twórczą i skomponować arcydzieło. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, dołącza do awangardowego zespołu, którego liderem jest tajemniczy Frank (Michael Fassbender). Grupa zaszywa się na pustkowiu, żeby stworzyć własną płytę.


Wiele osób przyznałoby z pewnością, że twarz stanowi najbardziej wymowne narzędzie w pracy aktora. Niektórzy ograniczają się często tylko do drobnych, ukradkowych spojrzeń, którymi potrafią wyrazić niemal wszystko. W „Co jest grane, Davis?” Oscar Isaac jest mało ekspresyjny, ale w jego oczach można dostrzec pewną niezaspokojoną tęsknotą, a nawet pewnego rodzaju pustkę. Bill Murray to mistrz w ukazywaniu ogromu emocji z użyciem znikomych środków. Dzięki rozwiniętej mimice, udaje mu się w subtelny sposób ujawnić przeżycia wewnętrzne bohatera. W filmie „Frank” reżyser podejmuje zatem ogromne ryzyko, pozbawiając odtwórcę tytułowej roli tak wielu możliwości. Michael Fassbender paraduje bowiem po ekranie z wielką, sztuczną głową, która skrywa jego prawdziwe oblicze. Zaintrygowało mnie to i skutecznie przekonało do seansu. Czy zatem wizerunek oryginalnego wokalisty dziwacznej kapeli jest jedynie chwytem reklamowym?


Historia rozgrywa się z perspektywy niedoświadczonego jeszcze Jona, który dzięki muzyce chce zasłynąć na całym świecie. Sam zamysł jest bardzo intrygujący, gdyż konstrukcja całej opowieści okazuje się przewrotna. Chęć zdobycia uznania za wszelka cenę i szaleńcze pragnienia chłopaka silnie kontrastują z tym, co tak naprawdę ma on do zaoferowania. Nie potrafi pisać chwytliwych piosenek, tworzy banalne teksty. Ma przerośnięte poczucie własnej wartości i talentu, dlatego przez cały czas straszliwie irytuje. Pomimo to, wydaje mi się, że stanowi jedyną tak złożoną postać w całym filmie. Obserwujemy, jak nieco nieświadomie pragnie wykorzystać Franka do własnych celów, co daje nam wiele do zrozumienia o jego charakterze i aspiracjach. Obok niego pojawiają się też inni muzycy, ale okazują się jednowymiarowi, bezbarwni i po prostu nudni.


Niektórzy narzekają, że na pierwszym planie powinien znaleźć się sam Frank, który według nich ma najciekawszą osobowość. Właściwie to już teraz wszystko kręci się wokół niego, choć wiemy o nim bardzo niewiele. Moim zdaniem powodem, dla którego to nie na nim cały czas skupia się kamera jest wyraźnie niedopracowanie tej postaci. Twórcy popełniają ogromny błąd, stawiając zbyt wiele na jedną kartę, którą jest Frank. Budują całą fabułę wokół ekscentrycznego wokalisty, ale brakuje im konkretnych pomysłów na rozwinięcie jego historii. Po pewnym czasie rzeczywiście dowiadujemy się o nim czegoś, ale są to tak zdawkowe i mało przekonujące informacje, że trudno mi uwierzyć jak można utracić taki potencjał. Nie dostajemy praktycznie żadnych wyjaśnień, reżyser skłania nas do wysnucia własnych przemyśleń. Dobrze, że chociaż tyle może nam zaoferować. Rozczarowało mnie takie rozwiązanie, bowiem dzieło wydaje mi się zdecydowanie za mało sugestywne.


Film aspiruje do miana ambitnego, oryginalnego kina, ale w rzeczywistości twórcy nie pokazują nic odkrywczego pod względem treści czy formy. Znajduje się tu wiele ogranych już motywów, które ma osłonić jedna wyszukana idea, czyli Frank. Pierwsza połowa filmu jest pretensjonalna i beznadziejne skonstruowana. Czas mija, a akcja przeskakuje od jednego epizodu z zespołem w roli głównej do drugiego, zupełnie nic nie wnosząc. Ukazywanie takich urywków wydarzeń chwilami okazuje się bardzo denerwujące. Po kilkudziesięciu minutach zaczyna się wreszcie dziać coś interesującego, co burzy dotychczasową monotonię i popis braku pomysłowości scenarzystów. Gdy utwory zostają wreszcie nagrywane, a Jon zachęca resztę do wyjazdu na koncert, opowieść nareszcie dostatecznie przykuwa uwagę widza. Końcówka jednak nieco rozczarowuje, a seans pozostawia po sobie pustkę i lekki zawód. Temat potraktowano oględnie i nie poświęcono wystarczającej ilości czasu, aby przyjrzeć się bliżej Frankowi, który z założenia ma przecież stanowić o sile tego projektu.


Warto zwrócić uwagę na znakomite zdjęcia, które nadają „Frankowi” pewnej nutki nostalgii. Scenografia i kostiumy są poprawne, a muzyka, którą uwielbia kapela jest szalona i specyficzna. Nie można jednak nie docenić nowatorskiego i niebanalnego brzmienia, które nadaje pewną świeżość niektórym scenom. Michael Fassbender udowodnił, że cały czas potrafi zaskakiwać i podjął ryzykowne wyzwanie, wcielając się w tytułową postać. Popisał się zaskakującą charyzmą i bardzo dobrze poradził sobie zarówno w komediowych, jak i dramatycznych sytuacjach. Nie jest to mistrzowski występ ze względu na ograniczenia stworzone nie tylko przez sztuczną głowę, ale przede wszystkim przez twórców, którzy kiepsko rozpisali jego rolę. Maggie Gyllenhaal pokazała się z nieco innej strony, choć zagrała dość przeciętnie. Domhnall Gleeson okazuje się zaskakująco ekspresyjny i całkiem wiarygodny. Do tej pory widziałam go jedynie w „Czas na miłość”, tym razem także zaliczył udany występ.

„Frank” opiera się na wyśmienitym, ale niedopracowanym pomyśle, który sprawia, że film wydaje się dużo bardziej interesujący niż jest w rzeczywistości. Nie polecam, choć nie wątpię, że wielu przypadnie do gustu. Ode mnie nieco zawyżona ocena.
Ocena: 6/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz