sobota, 8 grudnia 2012

Ukryte pragnienia (1996), czyli z Toskanią w tle

tytuł oryginalny: Stealing beauty
reżyseria: Bernardo Bertolucci
scenariusz: Bernardo Bertolucci, Susan Minot
muzyka: Richard Hartley
produkcja: Francja, Wielka Brytania, Włochy
gatunek: dramat

Moje niedawne starcie z „Ukrytymi pragnieniami” Bertolucci’ego uważam za beznadziejne. Do zapoznania się z filmem zobowiązało mnie uczestnictwo w projekcie KINO. Już przystępując do seansu miałam mieszane uczucia. Później coraz bardziej rzedła mi mina. Wytrzymałam chyba tylko, dzięki pięknym widokom z Toskanii.

19-letnia Amerykanka, Lucy (Liv Tyler) przyjeżdża do małego włoskiego miasteczka. Pragnie dowiedzieć się prawdy o swojej zmarłej już matce, poetce, która niegdyś tam przebywała. Jej celem staje się również znalezienie swojego biologicznego ojca. Chce także odszukać chłopaka, w którym zakochała się cztery lata wcześniej i z którym później korespondowała. Poznaje różne osoby, każdy jest indywidualnością i twórcą. Najlepiej dogaduje się z Alexem Parrish’em (Jeremy Irons), umierającym na raka poetą.  


Moim zdaniem „Ukryte pragnienia” to naprawdę kiepska produkcja. Okazała się niezwykle nużąca i banalna, w złym tego słowa znaczeniu. Zupełnie nie wciąga, nie pozwala utożsamić się z bohaterami ani nawet ich polubić. Akcja jest powolna, nie ma żadnego punktu kulminacyjnego, do którego wszystko dąży. Fabuła wydała mi się zupełnie nieciekawa i wręcz naiwna. Miało być urokliwe i beztroskie kino, a wyszedł bezsensowny film o niczym. Scenariusz to wielka porażka. Nie zaskakuje, nie przyciąga uwagi. Bohaterowie są infantylni i płytcy. Historia o Lucy szukającej swojego ojca kieruje się w zupełnie innym kierunku – kto uwiedzie uroczą 19-latkę? Wokół niej kręci się masa adoratorów i właściwie to jest wątkiem przewodnim. Minus należy się również za denne i nic nie wnoszące dialogi, które tylko pogarszają odbiór tego ‘dzieła’.


Zaletą okazało się całkiem dobre aktorstwo Liv Tyler. Odtwórczyni roli nieco zagubionej Lucy spisała się przyzwoicie i wiarygodnie. Jeremy Irons jako Alex Parrish również sobie poradził z wyzwaniem. Udało mu się ukazać rozterki poety, u którego lekarze zdiagnozowali nieuleczalnego raka.Sceneria Toskanii to jeden z niewielu elementów, który przypadł mi do gustu. Ładne krajobrazy towarzyszą nam niemal co krok. Zielone wzgórza, drzewa oliwne i wielkie plantacje ubarwiają cała opowieść. Niestety muzyka nie wydała mi się interesującym tłem. Jest mało wyrazista, co sprawia, że film jeszcze bardziej nudzi.

Zdecydowanie odradzam seans, choć niewątpliwie dla niektórych okaże się to miłe oderwanie od rzeczywistości. Ja się wymęczyłam. 
Ocena: 2/10

3 komentarze:

  1. Oj ja też się wymęczyłam, choć nie przeczę-ładne to wszystko dla oka, ale banalne i oparte na jednym instynkcie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiem Ci, że chyba aż tak negatywnej recenzji to u ciebie nie było. Ja miałem właśnie z tą kategorią problem i dlatego też nie wysłałem na projekt kino właśnie filmów, na które głosuje ;> Cóż - no słabo się zapowiada, co tu więcej mogę powiedzieć :< Pozdrawiam i zapraszam do siebie na recenzję filmu "Frankenweenie" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kiedyś musi być ten pierwszy raz :)

      Usuń