niedziela, 27 stycznia 2013

Django (2012), czyli zemsta dobra na wszystko

tytuł oryginalny: „Django Unchained 
reżyseria: Quentin Tarantino
scenariusz: Quentin Tarantino
muzyka: Robert Richardson
produkcja: USA
gatunek: dramat, western

Quentin Tarantino w swoich filmach balansuje często na granicy kiczu, jednak nigdy jej nie przekracza. Wszystkie wydarzenia przedstawia z charakterystycznym dystansem i humorem. Nie powstrzymuje się też od stosowania ironii i groteski. Te elementy z łatwością można znaleźć także w jego najnowszym dziele. „Django” to majstersztyk, kolejna genialna produkcja w dorobku tego reżysera i scenarzysty. Jest intrygująco, zabawnie i bardzo krwawo. 

Niemiec, Dr King Schultz (Christoph Waltz), niegdyś dentysta, teraz znakomity łowca głów, tropi niebezpiecznych braci Brittle. Za ich schwytanie, żywych lub martwych, czeka go nagroda. Sam jednak nie potrafi ich odnaleźć – nie wie jak wyglądają, a nawet jak mają na imię. Postanawia wykupić Django (Jamie Foxx), niewolnika, który pracował na ich plantacji. Razem zawiązują układ: w zamian za pomoc w poszukiwaniach, Schultz uczyni go wolnym człowiekiem. Django staje się świetnym rewolwerowcem i doskonałym towarzyszem. Okazuje się, że utracił on kiedyś swoją ukochaną Broomhildę (Kerry Washington). Przyjaciele razem wyruszają w podróż do Candylandu, gdzie prawdopodobnie znajduje się kobieta. Właścicielem posiadłości jest bogaty i przebiegły Calvin Candie (Leonardo DiCaprio). 

Idealny komentarz odnośnie tego filmu
„Django” to niesamowicie wciągający i znakomicie zrealizowany film. Stanowi kwintesencję tarantinowskiego stylu – pastisz, brutalność i specyficzny humor. Akcja nieustannie przykuwa uwagę i porywa. Fabuła jest intrygująca i bardzo dynamiczna. Nie brakuje tu wielu scen przemocy, krew leje się strumieniami. Twórcy poruszają tematykę niewolnictwa i dyskryminacji czarnoskórych. Robią to momentami realistycznie, chwilami przejaskrawiając niektóre wydarzenia. Gdy Django zostaje wyzwolony, Schultz pozwala mu jeździć konno, ma dostęp także do innych przywilejów ludzi białych. Innym się to nie podoba, traktują Django nieufnie i z pogardą. Wszystkie wydarzenia prowadzą do finałowej krwawej jatki. Sam zakończenie wydało mi się jednak mało zadziwiające. Nie zabrakło mu za to widowiskowości. Doskonała scenografia i perfekcyjnie dobrane kostiumy sprawiają, że film zachował klimat westernu, jednocześnie wykraczając poza ramy gatunku. 


Scenariusz okazuje się wybitny i fascynujący. Historia często zaskakuje, a zwroty akcji są nieoczekiwane. Reżyser serwuje nam także wiele genialnie napisanych dialogów. Są cięte, niekiedy zabawne lub złośliwe. Szczególnie utkwiła mi w pamięci pełna ironii i dystansu rozmowa o źle uszytych workach na głowę oraz mistrzowski monolog Calvina o czaszce. Wydawałoby się, że niektóre sceny są na siłę przeciągnięte, ale to przecież Tarantino! Film wcale nie nudzi, ogląda się go z niebywałą przyjemnością. Gdy myślimy, że właśnie się kończy reżyser odkrywa przed nami jeszcze więcej atrakcji.

Ogromną zaletą tego dzieła okazała się wyborna ścieżka dźwiękowa. Za motyw przewodni służy piosenka „Django” Luisa Bacalova. Oczarowały mnie takie utwory jak „Freedom”, „His name is King”, „Too old to die young”, „Ain’t no grave”, czy “I got a name”. Muzyka została doskonale dobrana. Świetnie odzwierciedla charakter i nadaje klimat tej produkcji. Zasługuje na ogromną pochwałę. Przyznam, że od paru dni nie mogę się oderwać od słuchania. 


Gra aktorska przedstawia bardzo wysoki poziom. Tarantino udowadnia, że zaangażował w swoim najnowszym filmie naprawdę genialnych aktorów. Wszyscy sprostali swoim zadaniom, unieśli ciężar całej historii. Odtwórca tytułowej roli, Jamie Foxx, nagrodzony Oscarem za niezapomniany występ jako Ray Charles w „Ray’u”, poradził sobie wyjątkowo dobrze. Potrafił wczuć się w postać i ukazać jej emocje. Django ze źle traktowanego niewolnika zmienia się w bezwzględnego łowcę głów. Jest żądny zemsty na oprawcach swojej żony i nie zawaha się przed niczym, żeby ją uratować. Austriak Christoph Waltz wcielił się w rolę dr Schultza. Niemiecki łowca głów (właściwie jedyny nie rasista) to moim zdaniem jedna z najciekawszych i najbardziej komicznych postaci. Jest wygadany, sprytny i potrafi sobie radzić w każdej sytuacji. Podróżuje najczęściej w swoim wozie z „zębem na sprężynie” (i jak tu się nie śmiać?). Z pozoru zależy mu tylko na pieniądzach, ale naprawdę szuka towarzysza. Django wkrótce staje się jego przyjacielem. Gardzi niewolnictwem, dlatego daje mu wolność; z chęcią pomaga mu też uratować ukochaną.


I jak tu się nie zachwycać...?
Na największe wyróżnienie zasługuje jednak fenomenalny Leonardo DiCaprio jako Calvin Candie. Zagrał zdecydowanie najlepiej z całej obsady i szkoda, że jego występu nie nagrodzono nominacją do Oscara. Najlepiej od razu statuetką! Jego bohater jest nieprzewidywalny, bezwzględny, ale jednocześnie w jakiś sposób uroczy. Gdy traci panowanie nad sobą, staje się nieobliczalny i pokazuje, że lepiej nie wchodzić mu w drogę. Rozrywki dostarczają mu walki, zwane mandingo. Mimika twarzy DiCaprio okazała się perfekcyjna. Aktor dokładnie panuje nad każdym gestem, czy spojrzeniem. Moim zdaniem to jeden z ważniejszych występów w jego karierze. Warto również zwrócić uwagę na Samuela L. Jacksona. Zagrał służącego Calvina, który nienawidzi czarnoskórych. Mimo niewielkiej roli, spisał się naprawdę dobrze. Sam Tarantino epizodycznie pojawia się w tej produkcji. Trzeba przyznać, że znika z „wielkim hukiem”.

„Django” na pewno na długo zapadnie mi w pamięci. Jak na razie to najlepszy film, jaki widziałam w 2013 roku. Gorąco polecam!
Ocena: 9/10

4 komentarze:

  1. Fajnie Ikalia, że wreszcie Django obejrzałaś. I super, że Ci się spodobał. Generalnie chyba nie spotkałem się z jakąś druzgocąco negatywną opinią wobec tego filmu. Django po prostu niemal każdemu przypada do gustu.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja spotkałem się z jedną krytyczną recenzją (LINK: http://magivanga.wordpress.com/2013/01/21/django-unchained-2012/#comment-2136).

    ... ale mnie film się podobał, naprawdę solidne kino rozrywkowe, w którym reżyser nieźle i z wyczuciem porusza się w scenerii westernowej (choć niestety mimo wszystko za mało tu klimatu prawdziwego spaghetti westernu). Do aktorów nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń, co do muzyki to ja jednak wolę, jak jest jednolitość wynikająca z tego, że muzykę piszę jedna osoba, bo nagromadzenie w jednym filmie tak zróżnicowanych kawałków sprawia, że mam często mieszane odczucia. I tak jest i tym razem. Luis Bacalov i Ennio Morricone nadal tworzą, więc można było zatrudnić któregoś z nich albo obu i wtedy mielibyśmy genialny soundtrack :) Jeśli chodzi o muzykę to podobał mi się utwór Jerry'ego Goldsmitha "Nicaragua", pochodzący z filmu wojennego "Pod ostrzałem" (akurat tego świetnego utworu nie spodziewałem się w filmie Tarantino).
    "Django" trafia wprawdzie do moich ulubionych filmów Tarantino, lecz do ulubionych westernów z pewnością nie - jest wiele lepszych :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Akademia chyba nie przepada za DiCaprio (zresztą - nie za nim jedynym...), bo faktycznie - za Django nagroda mu się należy (no dobra, przynajmniej nominacja);) A poza tym to bardzo solidnie zrealizowany film i dobrze się go ogląda - obawiałam się trochę, że przyjęta forma przerośnie treść, ale sprytnie poradzono sobie tu z konwencją. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Arcydzieło filmowe, smutno mi było jak się skończył :))

    OdpowiedzUsuń