piątek, 1 lutego 2013

Mnich, zaginiony, troll i Elvis Presley - Projekt KINO

Wiosna, lato, jesień, zima... i wiosna (2003)
tytuł oryginalny: Bom yeoreum gaeul gyeul geurigo bom
reżyseria: Kim Ki-duk
scenariusz: Kim Ki-duk
muzyka: Ji-woong Park, Bark Jee-woong
produkcja: Niemcy, Korea Południowa
gatunek: dramat

Dwaj buddyjscy mnisi mieszkają w małej świątyni na środku jeziora. Wiodą spokojne życie z daleka od cywilizacji, pośród pięknej przyrody. Starzec uczy młodszego prawd i mądrości życiowych i kulturowych. Wychowuje go w imię surowych i niepodważalnych zasad. Pewnego dnia zjawia się u nich młoda kobieta, która jest chora i potrzebuje pomocy.

Mam naprawdę mieszane uczucia co do tego dzieła. Z jednej strony okazało się w pewien sposób inne, niezwykłe, ale z drugiej bardzo mnie znużyło. Fabuła wydaje się prosta, ale pewnie ma głębsze znaczenie. Nie jestem jednak na tyle obeznana w tej kulturze, żeby móc je pojąć. Myślę, że wtedy postrzegałabym ten film inaczej. Produkcja niezbyt przypadła mi do gustu. Nie porwała mnie, choć trochę zaciekawiła. Uważam jednak, że pokazuje zmienność człowieka i jego emocji w całkiem intrygujący sposób. Akcja rozgrywa się bardzo powoli, skąpa jest ilość dialogów, prawie nie ma muzyki. Te cechy sprawiają, że całość nabiera tak ponurego charakteru, że aż ciężko mi się ten film oglądało. Niestety, nie zmusił mnie w ten sposób do refleksji. Warto jednak w jakiś sposób docenić ten nietypowy klimat jaki serwuje nam Kim Ki-duk. Choćby dlatego, że zdjęcia okazały się naprawdę piękne, a to duża zaleta. Cudowna i cicha przyroda wydała mi się wyjątkowym tłem dla całej historii.
Film, jak sam tytuł wskazuje, podzielono na pięć części, które stanowią pory roku. Stają się one symbolem ludzkiego życia, przemijania. Obrazują losy ludzi od narodzin do śmierci.
Ocena: 5/10

Łowca trolli (2010)
tytuł oryginalny: Trolljegeren
reżyseria: André Øvredal
scenariusz: André Øvredal
produkcja: Norwegia
gatunek: fantasy, przygodowy

Trójka studentów postanawia nakręcić dokument o tajemniczym Hansie, rzekomo myśliwym polującym na niedźwiedzie. Naprawdę należy on do tajnej jednostki, która zajmuje się strzeżeniem kraju przed trollami. Sieją one spustoszenie w niektórych regionach Norwegii. Mężczyzna specjalizuje się w eliminowaniu groźnych osobników zagrażających bezpieczeństwu ludzi. Tej pracy poświęca całe swoje życie.

„Łowca trolli” opiera się na absurdalnym pomyśle: przedstawieniu tajników pracy łowcy trolli. Twórcy z pozoru potraktowali tę ideę z powagą. Naprawdę okrasili ją sporą dawką ironii. Dzieło starali się wzorować na normalny dokument i je urzeczywistnić. Swoje teorie poparli więc wymyślnymi i niekiedy zupełnie bezsensownymi dowodami. Dowiadujemy się, że stwory są ssakami, dzielą się na wiele różnych gatunków, potraktowane światłem zamieniają się w kamień lub wybuchają,  a szczególne upodobanie mają w krwi chrześcijan. Całość została nakręcona „z ręki”, podkreślając w ten sposób jak niezwykłe wydarzenia uchwycono. Pierwsza połowa produkcji okazała się całkiem wciągająca i zabawna. Szczególnie rozśmieszyły mnie pogoń studentów żadnych wywiadu i sceny, w których Hans tłumaczy, czym charakteryzują się trolle. Druga połowa wydała mi się słabsza – monotonna i niezaskakująca. Historia jest z początku interesująca, później jednak nudzi i nie zadziwia. Film okazał się przydługi i chwilami dość męczący w odbiorze. Mimo wszystko jest to oryginalne i intrygujące podejście do tematu.
Ocena: 6/10

Mystery train (1989)
tytuł oryginalny: Mystery train
reżyseria: Jim Jarmusch
scenariusz: Jim Jarmusch
muzyka: John Lurie
produkcja: Japonia, USA
gatunek: dramat, komedia kryminalna

Film składa się z trzech z pozoru niepowiązanych ze sobą historii. Para japońskich turystów przybywa do USA, dwie kobiety poznają się przypadkowo i wynajmują razem pokój, mężczyzna traci pracę i dziewczynę, a swoje smutki topi w alkoholu. Wątki łączą się w zgrabną całość za sprawą lokalnego hotelu i Elvisa Presley'a.

Mystery train” to specyficzne kino, typowe dla Jima Jarmuscha. Akcji jest tu bardzo niewiele, mimo to dzieje się bardzo dużo. Fabuła nie okazała się dynamiczna, ale całkiem wciągająca. Niestety, chwilami nudzi. Opowieści nie zostały na siłę udziwniane, tylko przedstawione prosto i intrygująco. Występuje tu niewielka ilość dialogów. Wydały mi się dosadne, inteligentne i niekiedy zabawne. Produkcję cechuje specyficzny, niewymuszony humor. Posiada także niezwykły, nieco melancholijny klimat, który sprawia, że ogląda się ją z zainteresowaniem. Ładnie prezentują się zdjęcia i scenografia, ukazujące miasto Memphis z różnych stron. Szkoda, że muzyka nie stała się bardziej wyrazistym tłem.
Gra aktorska jest bardzo dobra. Szczególnie warto tu wyróżnić Steve'a Buscemi w roli fryzjera Charlie'go. Można znaleźć jeszcze innych barwnych bohaterów, m.in. obsługę hotelu, nieszczędzącą pieniędzy Luisę, czy Johnny'ego nazywanego Elvisem. Pojawienie się każdego z nich na ekranie jest ważne i ma określony cel.
Ocena: 7/10

Do szpiku kości (2010)
tytuł oryginalny: Winter's Bone
reżyseria: Debra Granik
scenariusz: Debra Granik, Anne Rosellini
muzyka: Dickon Hinchliffe
produkcja: USA
gatunek: dramat, thriller

17-letnia Ree Dolly mieszka w środkowej części Stanów Zjednoczonych, w górach Ozark. Opiekuje się swoją chorą psychicznie matką oraz dwójką młodszego rodzeństwa. Żyją w trudnych, niekiedy zupełnie skrajnych warunkach. Jej ojciec, Jessup, wyszedł za przepustką z więzienia. Za kaucję zastawił jednak cały dom, czyli wszystko co posiada. Jeżeli nie zjawi się na rozprawie w sądzie, rodzina straci swoje schronienie. Ree postanawia za wszelką cenę go znaleźć.

Do szpiku kości” to zajmujący i inspirujący film. Mimo tego, że akcja rozgrywa się raczej powoli i nie ma wyraźnego punktu kulminacyjnego, nie nudzi. Fabuła okazała się interesująca i poruszająca. Dzieło cechuje nieco mroczny klimat, podkreślany przez szarą scenografię i niebarwne zdjęcia. Charakteryzuje się atmosferą niepokoju i wszechobecnej tajemnicy. Dzieło trzyma też nieustannie w napięciu. Twórcy nie skorzystali ze zbędnych ozdobników, przedstawili wszystko surowo i z realizmem. Oszczędzali na środkach wyrazu, dlatego produkcja jest raczej prosta i spokojna. Świat Ree Dolly przeraża: rozpadające się domy, zimno, wilgoć, brak odpowiedniej ilości pożywienia i środków do życia. Dziewczyna po zaginięciu ojca staje się głową rodziny. Nie załamuje się, zawsze stara się wspierać swoje rodzeństwo i nauczyć je przetrwania.
Gra aktorska nie zachwyca. Okazała się raczej powściągliwa. Wyróżnia się młoda Jennifer Lawrence, nominowana do Oscara za główną rolę w tym filmie. Zagrała dobrze, poradziła sobie z rolą. Na drugim planie przewija się wiele dziwnych postaci, z których każda wydaje się mieć ukryte zamiary. 
Ocena: 7/10

Filmy obejrzałam w ramach drugiej edycji Projektu KINO.

4 komentarze:

  1. Ja w tej edycji odpadłem zupełnie z Projektu KINO. Kwestie związane z sesją sprawiły, że praktycznie nie miałem czasu na filmy, a jeśli już coś oglądałem, to raczej nowsze produkcje.
    A z tej trójki filmów widziałem kiedyś tylko Do szpiku kości i byłem bardzo zadowolony. W zasadzie w pełni mogę zgodzić się z Twoją notką, szczególnie co do roli Jennifer Lawrence.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie widziałam żadnego z wyżej wymienionych i opisanych, aczkolwiek pociąga mnie "Wiosna, lato..." :)
    Zapraszamy do nas!
    Archibald Sofia

    OdpowiedzUsuń
  3. Akurat jeśli chodzi o MT, najpierw oceniałam ten film w skali 6 na 10. Jednak im dłużej skupiałam się na skleceniu treści odnośnie filmu, tym mocniej zaczął mnie mierzić. Stąd właśnie taka, a nie inna ocena. No i WB->w końcu ktoś ma podobne odczucia co ja- bo większość osób zbyt pozytywnie się o tym tytule nie wypowiada.
    A Johnnny'ego grał właśnie Joe Strummer z "The Clash";).

    OdpowiedzUsuń
  4. "Do szpiku kości" to dobre kino, choć mało optymistyczne. Zgadzam się, niezła Jennifer Lawrence. Dobrze, że jej kariera zaczęła się od takiego filmu, bo to dziś procentuje.

    Pozostałych nie widziałam, ale ciekawa jestem filmu "Wiosna, lato, jesień, zima... i wiosna".
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń