czwartek, 23 maja 2013

Broken Flowers (2005), czyli podróż w odcieniach różu

reżyseria: Jim Jarmusch
scenariusz: Jim Jarmusch
muzyka: Mulatu Astatke
produkcja: Francja, USA
gatunek: dramat, komedia

Do tej pory jedynym filmem Jima Jarmuscha, który widziałam był „Mystery Train”. Po seansie już wiedziałam, czego mogę się spodziewać po innych dziełach z dorobku tego reżysera  – nieskomplikowanej, ale jednocześnie nieszablonowej fabuły, wolno rozwijającej się akcji i doskonałej scenografii. To wszystko i jeszcze więcej dostałam w czasie seansu „Broken Flowers”. To fascynująca i bardzo interesująca produkcja.

Don Johnston (Bill Murray) zawsze stronił od wszelkich stałych związków. Pewnego dnia rzuca go aktualna narzeczona Sherry (Julie Delpy), a niedługo później mężczyzna otrzymuje tajemniczy list w różowej kopercie. W środku znajduje się informacja, że ma dziewiętnastoletniego syna, który będzie chciał się z nim spotkać. Nie ma podpisanego nadawcy, adresu, numeru kontaktowego. Początkowo zaniepokojony Don, za namową przyjaciela Winstona (Jeffrey Wright) postanawia rozwiązać zagadkę. Ustala listę potencjalnych kandydatek, które mogły wysłać list i być matką jego dziecka. W końcu wyrusza w podróż do swoich czterech byłych kochanek.


Tytuł filmu odnosi się pewnie do bukietów różowych kwiatów, które główny bohater wręcza byłym partnerkom. Reakcja każdej na spotkanie po latach jest zupełnie inna. Razem z Donem wyruszamy w tę podróż i również staramy się rozwikłać zagadkę listu. Jarmusch nie podaje rozwiązania na tacy, wodzi za nos zarówno Johnstona, jak i widza. Nieustannie odczuwa się tu aurę niepokoju i tajemnicy, wszystkie podejrzane kobiety wydają się coś ukrywać. „Broken Flowers” to intrygujące i wspaniale zrealizowane dzieło. Historia z pozoru ma prostą konstrukcję, ale została poprowadzona w niekonwencjonalny sposób. Akcja nie rozgrywa się dynamicznie, ale nie powoduje to znudzenia, wręcz przeciwnie – wzmaga ciekawość. Niektórzy mogą się czuć zawiedzeni finałem, ale do mnie przemówiło rozwiązanie zastosowane przez twórców. Fabuła staje się przez to bardziej wiarygodna, mimo to pozostaje wyjątkowa. Największym atutem tej produkcji okazują się realistyczne i długie ujęcia, tak charakterystyczne dla Jima.


Praca kamery jest genialna, dzięki niej czułam się jakbym naprawdę była częścią tej historii. Często patrzymy z perspektywy Dona, razem z nim obserwujemy i staramy się zrozumieć to, co dzieje się wokół. Może się to wydawać dziwne, ale chwilami miałam wrażenie, że wymieniam porozumiewawcze spojrzenia z postaciami. Film mnie porwał, a jego klimat niesamowicie wciągnął, głównie dzięki temu nietuzinkowemu wykonaniu. Zaskakuje, zaciekawia i daje duże pole do interpretacji. Scenografia, jak na Jarmuscha przystało, jest drobiazgowo dopracowana. Twórcy w zgrabny sposób zawierają wiele często nieoczywistych elementów, które mogłyby ujawnić, która z kobiet jest matką syna Dona – różowe ubrania, maszyna do pisania, motocykl… Wszystko zapięte zostało na ostatni guzik i, co ważniejsze, jest pod kontrolą.


Gra aktorska okazała się bardzo dobra, choć nie wybitna. Bill Murray, który oczarował mnie swoim występem w „Między słowami” Sofii Coppoli, wcielił się w rolę Dona Johstona. Zagrał powściągliwie i z opanowaniem, podkreślając w ten sposób niezbyt interesujący charakter swojej postaci. Ma on własną firmę komputerową, ale w domu nie posiada komputera i nie potrafi z niego nawet korzystać. Gdy dowiaduje się, że jest ojcem nie zastanawia się nad tym szczegółowo. Najchętniej by zapomniał o tym incydencie i dalej prowadził swoje monotonne życie. Gdyby nie zaradność i umiejętność perswazji jego przyjaciela, prawdopodobnie w ogóle nie wybrałby się w podróż. Murray spisał się bardzo dobrze, ale w jego grze nie ma nic odkrywczego. Na ekranie pojawiają się też Sharon Stone, Jessica Lange, Frances Conroy i Tilda Swinton. Mimo krótkiej obecności okazują się kluczowe dla całej opowieści. Bohaterka Sharon jest wesoła i urocza, Jessiki – całkowicie pochłonięta ‘komunikacją ze zwierzętami’, Frances – rozdygotana i niepewna, a Tildy – rozgorączkowana i zdenerwowana. Wszystkie aktorki poradziły sobie wyśmienicie.

„Broken Flowers” okazała się niepospolitym i zajmującym kinem jarmuschowskim. Jestem przekonana, że do wszystkich on nie trafi, bo nie każdy lubi taki styl. Mnie jednak ujął, dlatego serdecznie polecam!
Ocena: 9/10

7 komentarzy:

  1. Sam finał (ostatnie 10-15 minut i ostatnia scena) to najlepszy punkt produkcji. Inteligentne i zabawne zakończenie. A cały film słaby.

    OdpowiedzUsuń
  2. 9/10...hmm...dużo, zdecydowanie dużo za dużo. 5 w porywach do 6 to jest nota adekwatna. Ja obejrzałem ten film na fali zachwytu po "Lost in Translation", który zrobił na mnie ogromne wrażenie i bardzo, ale to bardzo się rozczarowałem. Powiem więcej. Tak mi się nie podobało, że nawet nie pamiętam jak się skończyło :D Ale nie przecież każda potwora znajdzie swojego amatora. Ten film także ;)

    Pozdrówki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama się zdziwiłam, że aż tak mi się spodobał. Gusta są czasem bardzo różne.

      Usuń
  3. A ja nie oglądałem, choć nie słyszałem zbyt pochlebnych recenzji - twoja jedna z najbardziej pozytywnych. Wracając do pana Gatsby'ego - cieszę się, ze Ci się spodobał! Nie jestem sam haha :) Pozdrawiam i zapraszam do siebie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Gatsby'm niewielu się zachwyca, ale cieszę się, że Tobie się też spodobał :D

      Usuń
  4. Mam dość specyficzny stosunek do Jarmusha, bo niewątpliwie robi kino bardzo artystyczne, ale rzadko mnie zachwyca, częściej niestety oglądam jego filmu z trudem. Tymczasem Broken Flowers to jedna z moich ulubionych produkcji w jego wykonaniu. Historia prosta, ale przedstawiona w znakomity sposób i czarujący Murray, który jest może nawet lepszy od samego filmu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, że się zgadzamy w tej kwestii :)

      Usuń