czwartek, 12 września 2013

Klub winowajców (1985), czyli siła zrozumienia

tytuł oryginalny: „The Breakfast Club”
reżyseria: John Hughes
scenariusz: John Hughes
muzyka: Keith Forsey, Gary Chang, Wang Chung
produkcja: USA
gatunek: dramat, komedia, dla młodzieży

Filmy młodzieżowe kojarzą się zwykle z banalną i przewidywalną historią, płytkimi dylematami głównych bohaterów, niskich lotów humorem i ckliwą otoczką miłosną. Twórca „Kevina samego w domu”, John Hughes łamie stereotypy i stara się nie popadać w schematyczność. Próbuje przede wszystkim zrozumieć młodego człowieka. Jego „Klub Winowajców” skromnymi środkami przekazuje bardzo wiele.

Główni bohaterowie to piątka nastolatków, którzy za karę za swoje przewinienia muszą stawić się w szkole w sobotę. Niemal całkowicie się od siebie różnią, mamy tu: królowę piękności Claire Standish (Molly Ringwald), dziwaczkę i samotniczkę Allison Reynolds (Ally Sheedy), chuligana i cwaniaka Johna Bendera (Judd Nelson), zapaśnika Andrew Clarka (Emilio Estevez) oraz mózgowca Briana Johnsona (Anthony Michael Hall). Mają cały dzień na to, aby przemyśleć swoje postępowanie i napisać esej o tym, kim naprawdę są. Z początku nie odzywają się do siebie, ale z czasem przełamują pierwsze bariery.


„Klub winowajców” najlepiej sprawdza się w kategorii dramatu i kina moralizatorskiego. Nie ma w nim wartkiej i pełnej nieoczekiwanych zwrotów akcji, na pierwszy plan wysuwa się inspirująca i wiarygodna fabuła. Rozgrywa się ona właściwie tylko w kilku salach i opustoszałych, szkolnych korytarzach. Brak otwartej przestrzeni i monotonia filmowego otoczenia jednak nie przytłacza, tylko nadaje mu bardziej kameralny klimat. Twórcy umożliwiają widzowi obserwację i dociekanie intencji postaci, które stają się alegoriami różnorodnych postaw ludzkich. Hughes udowadnia, że niektóre filmy nigdy się nie starzeją i pozostają aktualne aż do dziś. Najmocniejszą stronę tego dzieła stanowi zgrabnie skonstruowany i błyskotliwy scenariusz. Pomimo że nie wydaje się zbyt skomplikowany, w ciekawy sposób porusza ważną tematykę. Okazuje się uniwersalną i bardzo wartościową historią, która pokazuje, że w głębi duszy każdy jest do siebie podobny. Pomimo przeciwnej płci, różnic w wyglądzie, zachowaniu, zdaniu i zainteresowaniach, ludzie mają podobne zmartwienia i problemy. Mogą dojść do wzajemnego zrozumienia i pojednania, dzięki szczerej i otwartej rozmowie. Czasem po prostu warto posłuchać.


Produkcja nie okazałaby się tak trafną i pouczającą analizą, gdyby nie udany dobór obsady. Młodzi aktorzy wypadli naprawdę dobrze i przekonująco w swoich rolach. Niemal od razu uwagę przykuwa fakt, że bohaterowie są wyjątkowo przerysowani i można ich łatwo sklasyfikować – do każdego z nich można przyczepić etykietkę z odpowiednim określeniem. Ta jednoznaczność sprawia jednak, że przesłanie historii staje się bardziej wyraziste. Sobotnie spotkanie i długotrwałe przebywanie w jednym pomieszczeniu zmusza z góry uprzedzonych do siebie nastolatków do rozmowy. Początkowe zaczepki, prowokacje i kłótnie powoli przekształcają się w zwierzenia i próby akceptacji siebie nawzajem. Świetnie, że twórcy nie silą się na typowe zakończenie w stylu „i w wszyscy żyli razem, długo i szczęśliwie”. Moim zdaniem, zupełnie by to tutaj nie pasowało. Z drugiej jednak strony produkcja nie zachwyca stroną artystyczną. Scenografia, kostiumy i charakteryzacja nie wyróżniają się; czasami zaskakuje za to niezła ścieżka dźwiękowa.

„Klub winowajców” to interesująca opowieść o dążeniu do zrozumienia siebie i innych. Nie jest to arcydzieło kinematografii, ale warto poświęcić na niego swój czas. W wolnej chwili, polecam!
Ocena: 7/10

4 komentarze:

  1. Bardzo ciekawy film. Jakieś kilka miesięcy temu go sobie przypomniałem po tym jak oglądałem go kilka lat wcześniej. I tak jak piszesz, nic nie stracił ze swojej świeżości.

    W pełni się z tobą zgadzam poza jednym małym "ale". Mianowicie ciężko wymagać od tego rodzaju filmu jakiejś wyszukanej scenografii i charakteryzacji, czy też strojów, więc zarzut, że ich brak jest z goła nie na miejscu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wymagać mogę, ale rzeczywiście nie ma się, co tego spodziewać, co właśnie starałam się podkreślić :)

      Usuń
  2. Nie lubię tego typu filmów, bo zawsze są niewiarygodnie niepodobne do prawdziwego życia nastolatków. Przecież w realu to wcale tak nie wygląda. Ludzie nigdy nie dobierają się w tak "zróżnicowane" grupki, w której każda z osób reprezentuje inną grupę społeczną itp. Nie chodzi mi tu o przerysowanie, tylko zwyczajny brak autentyczności - jakiejkolwiek, choćby najmniejszej.

    -Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przecież oni się w tą grupkę nie dobrali - zostali zmuszeni do przebywania razem przez nauczyciela. A co do autetycznosci zachowan nastolatkow... moim skromnym zdaniem wlasnie sa to autentyczne zachowania. Przerysowane bo przerysowane (o to chodzilo) ale dobrze oddaja spiecia (i chemie) miedzy buntownikiem i slicznotka albo sportowcem i kujonem. A sam cos o tym wiem bo... sam jestem nastolatkiem :P

      Usuń