niedziela, 15 września 2013

Pamiętnik (2004), czyli aby nie zapomnieć

tytuł oryginalny: „The Notebook”
reżyseria: Nick Cassavetes
scenariusz: Jan Sardi, Jeremy Leven
muzyka: Aaron Zigman
produkcja: USA
gatunek: melodramat

Melodramaty i komedie romantyczne to dość ryzykowne gatunki filmowe. Przede wszystkim dla twórców, nie jest bowiem łatwo stworzyć coś odkrywczego i wybić się poza schemat, ale także dla widzów, którzy szukają wrażeń i porywającej historii. Skąd właściwie wzięła się ogromna popularność i zachwyt nad „Pamiętnikiem”?  Na pierwszy rzut oka może wydawać się, że spełnia on przepis na dobre kino.

Duke (James Garner) czyta starej kobiecie cierpiącej na chorobę Alzheimera (Gena Rowlands), która walczy z zanikami pamięci, historię miłości dwójki młodych ludzi. W latach 40. w Karolinie Północnej, Noah (Ryan Gosling) poznaje zamożną i czarującą Allie (Rachel McAdams). Szybko zakochują się w sobie i spędzają razem cały wolny czas. Gdy lato się kończy, muszą się rozstać z powodu wyjazdu dziewczyny. Nie potrafią o sobie zapomnieć, spotykają się ponownie po siedmiu latach rozłąki. Ich uczucie rodzi się na nowo.


„Pamiętnik” jawi się jako kolorowy, nieco kiczowaty obrazek namalowany przez Nicka Cassavetesa – ładnie się prezentuje, ale nie kryje w sobie nic głębszego. Podobnie z bohaterami, którzy pomimo uroku osobistego, okazują się wyjątkowo płascy i jednowymiarowi. Ciężko zrozumieć też to wielkie uczucie, które podobno ich połączyło. Gdyby nie nachalność Noah, do niczego by nie doszło. Całość okraszono ogromną dawką lukru, film jest tak przesłodzony, że momentami wręcz niestrawny. Szkoda, bo traci w ten sposób na wiarygodności i realizmie. Wydarzenia urywają się w najciekawszych momentach, akcja chwilami pędzi na złamanie karku, innym razem niemiłosiernie zwalnia. Problem w tym, że twórcy nie stosują tych zabiegów w odpowiednich momentach. Tam gdzie trzeba się wysilić, ukazując dylematy i emocje postaci, idą na łatwiznę i przeskakują w czasie. Mam wrażenie, że chwilami dzieło jest wręcz wyprane z prawdziwych emocji, bo to co widzę na ekranie zupełnie mnie nie przekonuje, a i ja się nie wzruszyłam. Można w nim jednak znaleźć kilka niezłych scen: pierwsza szczera rozmowa z matką czy pływanie łódką po jeziorze z cudownymi widokami.


Scenariusz nie zachwyca, wydaje się źle skonstruowany i monotonny. Nie ma co liczyć na jakiekolwiek zaskoczenia czy zwroty akcji. Po tego rodzaju filmie oczekuję przede wszystkim pasjonującej opowieści, która mnie w całości pochłonie i na długo nie da o sobie zapomnieć. Niestety, ale okazuje się, że dobra obsada i obiecujący opis niczego nie gwarantuje. Historia na niemal każdym kroku trąci banałem, reżyser sięga bowiem po najbardziej oklepane i nudne motywy, takie jak różnice klasowe, lata rozłąki, wybór pomiędzy dwoma osobami, dezaprobata rodziców, nieszczęścia wojny. Oprócz tego nie pokazuje prawie nic nowego, stosuje najprostsze chwyty i oczywiste rozwiązania. W tym wypadku zasada im więcej, tym lepiej przestaje działać, bo wraz z rozwojem fabuły produkcja staje się niezwykle przewidywalna i ckliwa. Wszystko już kiedyś widzieliśmy, tylko w ciekawszej i zgrabniejszej formie. Wyjątkiem od tej reguły jest jednak wątek choroby starszej Allie i wytrwałości Noah, na który naprawdę zwróciłam uwagę. Te sytuacje sprowadzają nieco na ziemię baśniową i cukierkową historię ich młodości, za co należy się plus.


Na ekranie odtwórcy głównych ról wydają się swoimi całkowitymi przeciwieństwami. Ryan Gosling jest opanowany, spokojny i gra bardzo powściągliwie. Rachel McAdams tętni energią, radością i zachowuje się impulsywnie. Oboje wycisnęli, ile mogli ze źle rozpisanych bohaterów, niestety nie udało im się pozbawić ich jednowymiarowości. Warto wyróżnić także brawurowego Jamesa Garnera. Mimo wszystko aktorzy spisali się naprawdę przyzwoicie, zdecydowanie stanowią atut tego dzieła. Od strony artystycznej produkcji niewiele brakuje. Dobra, choć nieco kiczowata scenografia znakomicie wpisuje się w tę nieoryginalną konwencję. Momentami nadaje mu nawet bajkowego klimatu. Kostiumy są doskonale dobrane, a niektóre wyjątkowo przykuwają wzrok. Muzyka Aarona Zigmana nie wyróżnia się, brakuje w niej bardziej charakterystycznych utworów.

„Pamiętnik” spodoba się osobom, które nie mają dosyć oglądania po raz kolejny tej samej historii tylko w innej oprawie. Ja nie mam już tyle cierpliwości.
Ocena: 4/10

1 komentarz: