poniedziałek, 11 listopada 2013

Joe Black (1998), czyli jasne strony życia i śmierci

tytuł oryginalny: Meet Joe Black
reżyseria: Martin Brest
scenariusz: Ron Osborn, Jeff Reno, Kevin Wade, Bo Goldman
produkcja: USA
gatunek: fantasy, melodramat

Tematyka śmierci i przeznaczenia intryguje wielu szukających inspiracji twórców filmowych. Staje się dla nich okazją do refleksji nad ludzkim losem i przemijaniem, a także ukazanie różnych postaw i szerokiej gamy emocji wobec tego, co nieuniknione. Znakomicie udało się to uchwycić Larsowi von Trier’owi w „Melancholii”, w której zachowania głównych bohaterek silnie ze sobą kontrastują. Wcześniej próbę podjął także Martin Brest, reżyser „Joe Blacka”.

Potężny potentat i milioner William Parrish (Anthony Hopkins) wiedzie wygodne i uporządkowane życie w szczęściu i spokoju. Pewnego dnia w jego rezydencji pojawia się niecodzienny gość – Śmierć (Brad Pitt). Przybiera postać nieżyjącego już mężczyzny i oferuje mu ciekawą propozycję, praktycznie nie do odrzucenia. Opóźni nieuchronny koniec Willa, a w zamian ten oprowadzi go po świecie i pomoże w wyprawie po życiu. Tajemniczy, nietaktowny i niekiedy zabawny Joe Black (Pitt) poznaje środowisko biznesmanów. Niespodziewanie zakochuje się nawet w córce Parrisha, Susan (Claire Forlani), poznaje więc smak miłości i smutku. Nie zważając na sprzeciwy jej ojca pragnie zmienić warunki umowy. 


„Joe Black” stanowi studium ostatnich kilku dni życia wpływowego i bogatego Williama Parrisha. Postawa głównego bohatera wobec śmierci przejawia sią w nieszablonowy sposób. Całkowicie godzi się na swój los, jest zadowolony i dumny ze swoich dokonań. Pragnie załatwić niedokończone sprawy, pożegnać się z rodziną i odejść w spokoju. Śmierć przed zabraniem go ze sobą postanawia poznać uroki człowieczeństwa i przybiera ciało przypadkowego mężczyzny. Spędza czas w towarzystwie rodziny Parrisha, uczy się i poznaje świat. Doceniam takie niekonwencjonalne podejście do tematu i odstąpienie od znanych już schematów. Historia skupia się na najpiękniejszych aspektach ludzkiego życia, ukazując ich ogromną wartość i siłę wspomnień. Nie ma tu niekończącego rozpatrywania tragedii związanej ze śmiercią, błyskotliwość tej wizji tkwi bowiem w prostocie. Pomimo wszystko klimat pozostaje ponury i niezbyt wesoły.


Na pierwszy rzut oka wrażenie robi głównie długość filmu, trwa on bowiem aż trzy godziny. Po bliższym zapoznaniu się z treścią, ten długi czas okazuje się dosyć przytłaczający i nużący. Moim zdaniem, twórcy zmarnowali potencjał całego pomysłu i nie wykorzystali możliwości drzemiących w scenariuszu. Ostatecznie powstała przeciętna do bólu i niewyróżniająca się produkcja. Akcja chwilami ciągnie się niemiłosiernie, jest niezwykle jednostajna i monotonna. Nie buduje stopniowo napięcia, choć wyrazisty punkt kulminacyjny zniszczyłby prawdopodobnie całą konwencję. Fabuła zaskakuje tylko na początku, dając nadzieję na ciekawy rozwój wydarzeń. Później, twórcy popadają w sentymentalny i smętny nastrój, nie zmuszają jednak przy tym widza do przemyśleń. Opowieść nie chwyta za serce i nie wywołuje wiele emocji, nawet z pomocą mądrego i prostego przesłania – śmierć to nieodłączna część życia każdego człowieka. Sceny, które przykuwają uwagę można wyliczyć na palcach jednej ręki.


Problem tego filmu tkwi w realizacji i nie do końca idealnej obsadzie. O muzyce Thomasa Newmana można powiedzieć tyle, że jest, ale zupełnie nic nie wnosi i sobą nie prezentuje. Zdjęcia, scenografia i kostiumy okazują się nijakie i bez wyrazu. Tragiczna fryzura Pitta wydaje się jednak w tym wypadku nader trafna i wyjątkowo wymowna, świetnie podkreśla jego niepozorność i niewinność. Jego Joe Black wygląda na pozbawionego emocji i pogubionego. Gra aktorska nie jest wybitna, ale powściągliwa i oszczędna. Anthony Hopkins wcielił się w rolę milionera szykującego się na śmierć. Zaprezentował się z należytą mu gracją i elegancją, jak na przedstawiciela wyższych sfer przystało. Zagrał dobrze i spisał się na miarę swoich możliwości. Bardzo irytowała mnie za to Claire Forlani jako Susan, właściwie nie tyle bohaterka, co sama aktorka.

„Joe Black” oferuje świeże spojrzenie na popularny motyw filmowy, ale fabuła nie porywa i nie pozostaje w pamięci na długo. Można sobie tę produkcję odpuścić.
Ocena: 5/10

6 komentarzy:

  1. Ja ten film oceniam troszkę wyżej, ale pewnie to przez słabość do Brada Pitta :D
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie również film zapadł w pamięci ze względu na Brada. Śmierć doskonała możnaby rzec :) Szczególnie scena ze staruszką w szpitalu, bardzo poruszająca.

    PS: Pierwszy raz do ciebie trafiam i bardzo mi się podoba! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie oglądałam, ale moja mama bardzo lubi ten film :)

    naczytane.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. A mnie się ten film bardzo podoba i lubię do niego wracać. Nie jest może wybitny, ale widziałam gorsze.

    OdpowiedzUsuń
  5. Znakomity film. Piękna muzyka. Świetna, oszczędna i pełna świeżości, gra aktorska.
    Scenariusz pełen dowcipu, jak również subtelnej refleksji.
    Zaskakujący i wzruszający finał.
    Mnie urzekł, poruszył i został na zawsze w sercu.

    OdpowiedzUsuń
  6. zupełnie się nie zgadzam, to trudny film, nie dla każdego. Polecam obejrzeć przynajmniej 2 razy, bo za każdym podejściem widzimy coś innego.

    OdpowiedzUsuń