piątek, 15 listopada 2013

Wałęsa. Człowiek z nadziei (2013), czyli na przekór przeciwnościom

tytuł oryginalny: „Wałęsa. Człowiek z nadziei”
reżyseria: Andrzej Wajda
scenariusz: Janusz Głowacki
muzyka: Paweł Mykietyn
produkcja: Polska
gatunek: biograficzny, dramat

Polskie kino zalicza w ostatnich latach zarówno wzloty, za sprawą: „Dziewczyny z szafy” czy „Chce się żyć”, jak i upadki, dzięki produkowanym na większą skalę ‘superprodukcjom’ pokroju „Bitwy pod Wiedniem”. Odnoszę wrażenie, że twórcy często nie są nawet świadomi swoich ograniczonych możliwości. Niekiedy pomimo wielu przeszkód i braku dobrego pomysłu na fabułę, aspiruję do stworzenia olśniewającego widowiska. Andrzej Wajda zmierzył się niedawno z biografią, „Wałęsa. Człowiek z nadziei”.

Akcja rozpoczyna się w grudniu 1970 roku. Partia narzuca odgórnie podwyżki cen żywności, milicja masowo aresztuje występujących robotników. Jednym z protestujących i sprzeciwiających się zarządzeniom jest Lech Wałęsa (Robert Więckiewicz), prosty elektryk pracujący od lat w Stoczni Gdańskiej. Na co dzień zarabia na utrzymanie swojej żony Danuty (Agnieszka Grochowska) i dzieci. Wkrótce zaczyna aktywnie angażować się w tworzenie wolnych związków zawodowych, strajkuje, stara się nakłonić władze do ustępstw i spełnienia żądań ludności. Powoduje to kolejne tłumienia buntu, aresztowania i zwolnienia z pracy. W sierpniu 1980 roku Wałęsa staje na czele strajku stoczniowców.


Andrzej Wajda w swoim najnowszym filmie przedstawia niemal nieskazitelny i wyidealizowany wizerunek Lecha Wałęsy. Wydaje się, że składa w ten sposób hołd jego dokonaniom i sukcesom. Na każdym kroku podkreśla odwagę, chęć niesienia pomocy, sprzeciw wobec niesprawiedliwości i pewność siebie głównego bohatera. Współpracownicy i przyjaciele niemal o wszystko muszą się go pytać, jakby nie dysponowali własnym zdaniem i  inicjatywami. Pod warstwą lukru i grubą zasłoną dymu papierosowego kryje się bowiem historia ciekawego człowieka. Takie ukazanie otoczenia i wywyższanie ułatwia zwrócenie uwagi na istotną rolę, jaką wtedy pełnił. Scenariusz skupia się nie tylko na życiu politycznym i pracy, porusza również relacje rodzinne panujące w jego domu. Ograniczenia czasowe spowodowały zapewne, że wiele aspektów zostało poruszonych bardzo pobieżnie i zbyt szybko.


Zwykle nie lubię retrospekcji przytaczanych przez jedną z postaci, wolę, gdy akcja rozgrywa się w danej chwili. Zaskakująco, w „Wałęsie” niemal zupełnie mi to nie przeszkadzało. Klamrą spinającą ukazywane epizody jest bowiem wywiad, który z pomocą tłumacza przeprowadza włoska dziennikarka Oriana Fallaci (Maria Rosaria Omaggio). Wcześniej do tej roli brano pod uwagę Monicę Bellucci, ale nie sprostano jej warunkom finansowym. Kobieta odkrywa robotnika-aktywistę z nieco innej strony i pozwala go lepiej zrozumieć. Pomimo wszystko wydarzenia z jego życia wydają się niespójnie i w niekonsekwentny sposób ukazane. Dużą wadą okazują się szybkie przeskoki w czasie i miejscach, a także niekiedy zupełne odbieganie od poruszanego przed chwilą tematu. Takie niezgrabne i nieprofesjonalne zabiegi wywołują lekki chaos na ekranie. Mam wrażenie, jakby twórcy sami nie do końca wiedzieli, co i w jaki sposób chcą osiągnąć. Nie doprowadzili jednak do porażki, bo pomimo moich zarzutów film jest naprawdę niezły.


Reżyser pragnął prawdopodobnie nadać swojej produkcji też pewną formę dokumentu. Zastosował w tym celu dość ryzykowny, moim zdaniem, efekt kręcenia z ręki. Nie przepadam za tym, uważam, że nie zawsze się to sprawdza, a często niezwykle irytuje. Przypominam sobie, że na dłuższą metę całkowicie zaakceptowałam takie podejście chyba tylko w „Melancholii”. W „Wałęsie” w teorii idea może brzmieć całkiem zachęcająco, ale w praktyce prezentuje się niezbyt przekonująco. Wygląda to tak, jakby dać przypadkowej osobie kamerę i po prostu wrzucić ją w tłum. W niektórych scenach rzeczywiście to jedyny sposób na realistyczne ujęcie sytuacji, ale zwykle prezentuje się niewprawnie. W rozmowie dwóch stojących niemal nieruchomo osób niemiłosiernie trzęsąca się kamera nagle gwałtownie przeskakuje na ich nogi, wydaje się wręcz jakby ktoś nie potrafił jej poprawnie utrzymać. Twórcy mogą się tłumaczyć, że mieli zamiar ukazać dane wydarzenie z perspektywy przypadkowego obserwatora, do mnie i tak to w tym wypadku nie trafia.


Fabuła przeplata się z faktycznymi filmikami, które uwieczniły związane z tym okresem osoby, zajścia i przedsięwzięcia. Co ciekawe, bohater Roberta Więckiewicza został osobno nagrany i ‘dołączony’, to naprawdę intrygujący i nietuzinkowy pomysłem. Muzyka okazuje się dynamiczna, składa się ekspresyjnych wersji znanych, polskich piosenek patriotycznych. Scenografia, kostiumy i charakteryzacja sprawiają, że odtwórca głównej roli nie przypomina samego siebie. Ułatwiło mu to zapewne jeszcze lepsze naśladowanie zachowania, charakterystycznego sposobu mówienia i gestów Lecha Wałęsy. Aktor świetnie odtworzył jego wizerunek, zagrał bardzo dobrze i poradził sobie z postawionym mu zadaniem. Agnieszka Grochowska wcieliła się w postać Danuty Wałęsy. Spisała się poprawnie i zaliczyła udany występ. Jedynym zarzutem jest to, że właściwie przez cały film się nie postarzała. Kontrastowo, u Więckiewicza wydaje się to później zdecydowanie lepiej widoczne.

„Wałęsa. Człowiek z nadziei” to średnia, ale raczej zadowalająca produkcja, która jest obrazem życia i działalności charyzmatycznego mówcy i działacza.
Ocena: 5/10

3 komentarze:

  1. u średnio ją oceniasz - swego czasu bardzo dużo o niej słyszałam w jednej stacji radiowej, ale to nie jest pozycja dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Obejrzałam "Wałęsę" ze względu na tło historyczne - tego nie uczą nas w szkołach, a przecież ta historia najnowsza jest z punktu widzenia osoby żyjącej w XXI wieku najważniejsza. Film mnie nie zachwycił, ale też nie nazwałabym go złym. Po prostu nie wychodzi poza ramy przeciętności.
    Za to gra aktorska Więckiewicza jest fenomenalna! Miejscami zapominałam, że to tylko aktor wcielający się w daną rolę.

    "Dziewczyna z szafy" jest bardzo przyjemnym filmem, moim zdaniem najlepszym polskim, jaki powstał w ostatnim roku. "Chce się żyć" jeszcze nie widziałam. Moja szkolna wychowawczyni wspomniała jakiś czas temu, że może wybierzemy się na ten film do kina całą klasą. Muszę jej o tym przypomnieć, bo chyba zapomniała :)

    -Ania

    OdpowiedzUsuń
  3. Fakt, film jest wyidealizowany, w jak mocny sposób, nie jestem w stanie określić. Jednak zrobił na mnie przeogromne wrażenie, dodatkowo, soundtrack był idealnie dobrany, jak dla mnie - genialne. Byłam na nim w kinie i pod koniec cała sala stanęła (uczniowie gimnazjum) i złożyła ręce w znak "pokoju" oraz podsumowała to ogromnymi brawami.

    OdpowiedzUsuń