poniedziałek, 3 lutego 2014

Frankenstein (2011) - National Theatre

tytuł oryginalny: „Frankenstein”
reżyseria: Danny Boyle
scenariusz: Nick Dear
na podstawie powieści Mary Shelley

Pochodzący z 1818 roku „Frankenstein” autorstwa młodej Mary Shelley jest uważany za pierwszą powieść z gatunku science fiction. Skupia się w głównie na motywie kształtowania osobowości i często negatywnego wpływu, jaki na nią wywiera otoczenie. Odrzucenie oraz nienawiść ludzka okazuje się bowiem tym, co obudziło w stworze doktora Frankensteina najgorsze instynkty. Reżyser filmu „Trainspotting”, „127 godzin” i laureat Oscara za „Slumdog. Milioner z ulicy”, Danny Boyle postanowił przedstawić własną wizję kultowej historii na deskach londyńskiego teatru. Podjął się niebywale trudnego zadania, gdyż zyskała już wiele ekranizacji i na trwale zapisała się w światowej kulturze.

W ubiegły piątek skorzystałam z okazji, żeby spełnić jedno z moich postanowień i wybrałam się do kina na 2,5 godzinną retransmisję sztuki z National Theatre pt. „Frankenstein”. Poprzedził ją krótki filmik podsumowujący próby i przygotowania oraz ujawniający ciekawostki na temat książkowego pierwowzoru. Adaptacja skupia się w dużej mierze na często spłycanym, a jakże istotnym przeslaniu i dylemacie moralnym tytułowego bohatera. Podkreśla nierozerwalną więź i skomplikowaną relację między stwórcą a jego wytworem. Skłania do głębszych przemyśleń i refleksji, pozostawiając ostatecznie widzowi szerokie pole do własnych interpretacji. Poprowadzona w nieszablonowy sposób fabuła fascynuje i urzeka.


Prawdziwy spektakl emocji zapewnia także piękna oprawa artystyczna. Ogromne wrażenie wywiera już sama scena, która choć niewielkich rozmiarów, staje się idealnym miejscem akcji dla tej niepokojącej i inspirującej opowieści. Okrągła część podłogi kręci się w kółko, a dekoracje wjeżdżają i skrywają pod nią. Jaskrawo świecące lampki wiszące pod sufitem służą jako gwiazdy lub słońce, w niektórych scenach pojawia się nawet trawa, deszcz czy buchający ogień. Scenografia wydaje się bardzo dokładnie dopracowana i wprost niezwykła. Chatka na polu, wnętrze rezydencji Frankensteinów, laboratorium naukowca, a nawet lokomotywa – symbol cywilizacji pełniły użyteczną funkcję dekoracyjną. Wspaniale dopasowane kostiumy i misterna charakteryzacja przyczyniają się do tego, że chwilami całość przypomina wręcz plan filmowy. Niepowtarzalne wrażenia zawdzięczam także sprawnej pracy kamery, która zdołała ciekawie uchwycić przedstawienie z najróżniejszych perspektyw.


Występ w teatrze wymaga od aktorów jeszcze więcej pewności siebie i charyzmy niż rola w filmie. Wyraziste ukazanie emocji, gestykulacja i mimika stanowią w tym wypadku wyjątkowo istotny element. Twórca wpadł na znakomity pomysł stworzenia dwóch wersji przedstawienia. W tej, którą widziałam, Benedict Cumberbatch wcielił się w postać Wiktora Frankensteina, a Johnny Lee Miller – jego monstrum, w drugiej zaś wymienili się rolami. Widać, że naprawdę dobrze ze sobą współpracują, co sprawia, że stanowią niezapomniany i zgrany duet. Dzięki takiemu intrygującemu zabiegowi, niektóre cechy bohaterów w pewnym stopniu się pokrywają. Genialne kreacje aktorskie dowodzą niebywałego talentu obsady i stanowią najbardziej imponującą część sztuki. Miller z łatwością ukradł uwagę widowni i zadziwił swoimi umiejętnościami. Od samego początku wczuł się stwora, ukazując jego zaskakującą podróż przez życie. Doskonale zaprezentował jego nieudolność poruszania się i problemy z mową, które później rozwija się i ulega znacznej poprawie. Dzięki licznym ćwiczeniom i konsultacjom, każdy ruch doprowadził niemal do perfekcji. Cumberbatch zagrał bardzo ekspresyjnie i z pewnością zaliczył przełomowy występ w swojej karierze. Udało mu się udowodnić, jak wiele cech monstrum przejęło od samego Frankensteina. Po pewnym czasie, dochodzi się do wniosku, że obaj wzajemnie się wręcz dopełniają.

Seans „Frankensteina” pozostanie mi w pamięci na długo jako wspaniałe przeżycie kinowo-teatralne. Polecam, gdy tylko nadarzy się taka sposobność, samemu przekonać się o majstersztyku, jaki stworzył Danny Boyle. Naprawdę warto!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz