poniedziałek, 10 lutego 2014

Ona (2013), czyli miłość bez granic

tytuł oryginalny: „Her”
reżyseria: Spike Jonze
scenariusz: Spike Jonze
muzyka: Will Butler, Owen Pallett
produkcja: USA
gatunek: dramat, komedia, romans

Jak będzie wyglądał świat za kilkadziesiąt lub kilkaset lat? Czym będzie zajmował się przeciętny człowiek? Czy komputery zastąpią nam większość aspektów życia społecznego, zatrzymując rozwój relacji towarzyskich? Wielu twórców filmowych stawiało sobie podobne pytania, tworząc coraz oryginalniejsze i niekiedy wyjątkowo przerażające wizje przyszłości. Przykłady można by mnożyć: wysoce zmodernizowane państwo i podróże kosmiczne w „Star Treku”, „Gwiezdnych wojnach” i Piątym Elemencie” czy utopia bez możliwości doznawania jakichkolwiek uczuć w „Equilibrium”. Spike Jonze postanowił spojrzeć jednak na wszystko z innej perspektywy.

Theodore Twombly (Joaquin Phoenix) jest samotnym pisarzem mieszkającym w wielkiej metropolii. Jego praca polega na pisaniu osobistych listów w imieniu klientów, w których zawiera wyznania miłości i wspomnienia. Po nieudanym małżeństwie z Catherine (Rooney Mara) ciężko mu znaleźć bratnią duszę. Pewnego dnia kupuje nowoczesny system operacyjny, który ma spełnić wszystkie potrzeby użytkownika. Instaluje go na komputerze i w ten sposób poznaje OS o imieniu Samantha (Scarlett Johansson). Mężczyzna zakochuje się w niej, znajdując wreszcie potrzebne mu zrozumienie i akceptację.


Spike Jonze nie sili się, żeby ukazać wymyślny, futurystyczny obraz i zupełnie rezygnuje z surrealizmu. Sięga niedaleko w przyszłość, dzięki czemu jego wyobrażenie wydaje się nam bliskie i jakby znajome. Okrasza je szczyptą melancholii i tęsknoty za drugim człowiekiem. Ujawnia swoją zaskakującą wrażliwość i subtelność, okazuje się wyjątkowo spostrzegawczym obserwatorem. Celem filmu nie jest ukazanie rewolucji czy upadku naszej cywilizacji, główny motyw stanowi bowiem samotność i niezaspokojona chęć bliskości. Kameralny, a chwilami niezwykle intymny klimat pozwala łatwo zagłębić się w pełną wzlotów i upadków historię niekonwencjonalnej miłości. Niesie ona ze sobą ogromny ładunek emocjonalny i głęboko oddziałuje na widza. Akcja rozgrywa się w niespieszny i refleksyjny sposób, tempo nigdy jednak nie nuży.


Fabuła na pierwszy rzut oka może wydawać się nieco absurdalna i niedorzeczna, ale w rzeczywistości jest błyskotliwa i naprawdę inspirująca. Ludzie uciekają do świata wirtualnego, aby zaspokoić swoje pragnienia i być prawdziwym sobą. W zwyczajnej rozmowie często nie potrafią dojść do porozumienia, a także utrzymać silnych kontaktów. Nie dziwią więc filmowe ujęcia, w których przechodnie, podobnie jak główny bohater, mają nieustannie w uchu słuchawkę telefonu, do której mówią. Theodore nie ma pomyślności w związkach z kobietami, ale potrzebuje mieć kogoś zaufanego. Romans z systemem operacyjnym daje mu iluzję wiecznego szczęścia, która sprawia, że odczuwa wszystko tym dotkliwiej. Twórcy uchylają nam rąbek zasłony, pozwalają, a nawet zachęcają, żeby go lepiej poznać. Dawno nie spotkałam się z tak barwnie opowiedzianą i angażującą widza opowieścią.


Najzabawniejsze, że prawdopodobnie nie sięgnęłabym po ten film, gdyby nie zamieszanie związane z nominacjami do Oscara. Teraz śmiało mogę stwierdzić, że „Ona” jest najlepszym z nominowanych obrazów, które widziałam. Każdy element jest na swoim miejscu i składa się w spójną całość. Liczę, że nominacja do złotej statuetki za scenariusz oryginalny, podobnie jak Złoty Glob, trafi zasłużenie w ręce Spike’a Jonze’a. Fabuła cechuje się dość prostą konstrukcją, nieszablonowymi pomysłami i nieprzewidywalnymi rozwiązaniami. Warto również zwrócić uwagę na brawurowe i intrygujące sylwetki postaci, które stanowią różnorodną galę osobowości. „Ona” zdecydowanie zyskuje na braku jakiegokolwiek nachalnego moralizatorstwa i filozofowania, przekaz ujawnia się raczej między słowami. Granica między światem realnym a wirtualnym wydaje się zacierać, a co zastanawiające, Samanthę traktuje się jako osobę.


Rola Theodore’a wiąże się z niesamowitą odpowiedzialnością, którą zgodził się przyjąć Joaquin Phoenix. Aktor okazuje się wręcz nie do poznania nie tylko z powodu wspaniałej charakteryzacji (wąsy, zwichrzone włosy i okulary), ale przede wszystkim naturalności i sprawności w grze. Doskonale operuje gestami i mimiką, opanowując je niemal do perfekcji. Nie ma tu miejsca ma zbędne ruchy czy spojrzenia, każdy jest dokładnie przemyślany. Całym sobą ukazuje emocje swojego bohatera, jego nadzieje, cierpienie i rozczarowania. Moim zdaniem zasługuje na najważniejsze nagrody, to niewątpliwie jeden z jego najlepszych występów. Na drugim planie partneruje mu Amy Adams, którą charakteryzuje niebywała wrażliwość i wprawność. Spotkałam się z intersującą opinią, że Scarlett Johansson potrafi zagrać lepiej głosem, niż będąc na ekranie. Rzeczywiście, jako Samantha uwodzi i oczarowuje, okazuje się bardzo sugestywna. Z łatwością przekazuje pełnię uczuć samymi słowami, za co należą się jej ogromne wyrazy uznania.


Magii i uroku filmowi nadaje plastyczna i wypieszczona warstwa artystyczna. Wysokie i surowe budynki, zadbane i pełne przestrzeni mieszkania, kolorowe meble czy rozświetlony w ciemności widok za oknem… Otoczenie niewiele różni się od wyglądu dzisiejszej metropolii, postęp jest jednak widoczny. Na szczęście, reżyser rezygnuje z wymyślnych efektów, nie chcąc zatracić sensu i istoty całej historii. Wyróżniona przez Amerykańską Akademię Filmową scenografia kreuje niepowtarzalny klimat i staje się cudownym tłem dla rozgrywających się wydarzeń. Kostiumy okazują się barwne, ale pomimo tego zadziwiająco zwyczajne i niewyszukane, czyli w tym wypadku odpowiednio dopasowane. Muzyka wydaje się wspaniałym dopełnieniem treści i nie przytłacza. Delikatne, nostalgiczne dźwięki działają naprawdę kojąco. „Moon Song” w wykonaniu Phoenixa i Johansson mogłabym słuchać bez końca.

„Ona” to genialne i fascynujące dzieło, które gwarantuje niezapomniane przeżycia. Polecam - to trzeba samemu obejrzeć! Nabrałam teraz ochoty na ponowny seans :)
Ocena: 9/10

4 komentarze:

  1. Ja czekam na film od dawna ze względu na Phoenixa, kiedy już kiedyś tam przeczytałam opis historii byłam średnio zadowolona (wydało mi się to po prostu dziwne). "Celem filmu nie jest ukazanie rewolucji czy upadku naszej cywilizacji.." - bardzo mnie ucieszyłaś tym stwierdzeniem, smucą mnie i nieco nużą takie filmy. Nadal jestem trochę sceptyczna, jakoś nie mogę uwierzyć, że jednak nie odbiorę całej produkcji jako moralizatorstwa, technika, oddalamy się od siebie bla bla. Nie wiem, chyba po prostu nie lubię oglądać tych tematów przedstawionych w kinie, ale może Jonze dał radę ;) W sumie jego ostro popieprzone "Być jak John Malkovich" na papierze nie dawało nadziei na nic dobrego, a to świetna produkcja ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten film pozostawił po sobie takie jakieś ciepłe wrażenie za kazdym razem, keidy mijam gdzies na ulicy plakat uśmiecham się pod nosem.

    Z Johansson to jest tak, że ona ma bardzo "nachalną" urodę sexbomby, za to głos uwodzicielki i ciepły, dlatego tak świetnie wypadła (moim zdaniem) w roli Samanthy.
    Na cześć Joaquin mogła bym peany zachwytu pisać. Zdecydowanie jeden z moich filmowych ulubieńców.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam Phoenixa za jego rolę w "Płonącej pułapce" - po tym filmie mogę na ślepo sięgać po produkcje, w których występuje ten aktor. "Ona" bardzo mnie intryguje. Na pewno obejrzę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam z nim prawie wszystkie filmy i powiem ci, że rola w "Płonącej pułapce" to jeszcze nic ;)

      Usuń