wtorek, 26 sierpnia 2014

Magia w blasku księżyca (2014), czyli na tropie szczęścia

tytuł oryginalny: „Magic in the Moonlight”
reżyseria: Woody Allen
scenariusz: Woody Allen
produkcja: USA
gatunek: dramat, komedia

Z niemal każdym filmem wiążą się oczekiwania. Mając zbyt wysokie, można się często mocno zawieść. Niekiedy po prostu spodziewamy się, że produkcja, którą decydujemy się obejrzeć, będzie słaba. Czy to ze względu na osobę reżysera, scenarzysty, obsadę lub nieciekawie zapowiadającą się fabułę. Zawsze miło jest się pozytywnie zaskoczyć i ze zdumieniem stwierdzić, że seans okazał się niezwykle udany. Czy zatem „Magia w blasku księżyca” zmieniła moje raczej negatywne podejście do twórczości Woody’ego Allena?

Stanley Crawford (Colin Firth) jest aroganckim Anglikiem i racjonalistą, który twardo stąpa po ziemi. Cieszy się ogromnym uznaniem i sławą jako iluzjonista. Na scenie zakłada jednak maskę i przedstawia się jako Chińczyk Wei Ling Soo. W swoich dokonaniach może poszczycić się także odkryciem oszustw licznych spirytystów. Za namową starego przyjaciela (Simon McBurney) wyrusza na Lazurowe Wybrzeże do posiadłości rodziny Catledge. Udając biznesmena, stara się zdemaskować kobietę-medium, śliczną Sophie Baker (Emma Stone), która ponoć potrafi czytać w myślach i rozmawiać ze zmarłymi.


Co sprawia, że od lat filmy Woody’ego Allena wciąż cieszą się tak dużym zainteresowaniem i entuzjazmem? Wypełnione niemal po brzegi sale kinowe i sukcesy kasowe wydają się mówić same za siebie. Twórca wyrobił sobie już własną markę i charakterystyczny styl. Widząc napis: „Reżyseria i scenariusz: Woody Allen”, wiadomo właściwie, czego się spodziewać. W tym tkwi jego siła, ale jednocześnie słabość. Wytyczył sobie wyraźną ścieżkę, z której nie chce zrezygnować. Podobny klimat, rozwiązania fabularne i motywy postępowania bohaterów sprawiają, że od pierwszych minut z łatwością można przewidzieć rozwój wydarzeń. Czy zatem reżyser potrafi jeszcze zaskoczyć i sprawić, że seans stanie się iście niezapomnianym przeżyciem? Niektórzy powiedzieliby, że dąży on w zupełnie innym kierunku i nie to stawia sobie za główny cel. Rzeczywiście, liczy się dla niego przede wszystkim lekkie i niezobowiązujące kino. W ostatnich latach korzysta z najprostszych i najbardziej oczywistych pomysłów, które jednak nadal przynoszą mu rzesze wiernych wielbicieli.


W „Magii w blasku księżyca” Woody nie popisuje się inwencją i tworzy jedno z najgorszych dzieł w swoim dorobku. Choć film początkowo daje nadzieję na pewien powiew świeżości, po seansie pozostawia jedynie pustkę i poczucie lekkiego zażenowania. W ostatecznym rozrachunku trudno mi jest czerpać radość z tak wtórnego i niepotrzebnego dzieła. Wszystko jest jasne, oczywiste i podane wprost na tacy. Widza traktuje się jako niezbyt spostrzegawczego i nieambitnego odbiorcę, któremu trzeba wszystko krok po kroku wytłumaczyć. Nie ma tu więc ani chwili na żadne dociekanie czy refleksje. Odnoszę nieodparte wrażenie, że więcej dzieje się gdzieś poza ekranem, a my dostajemy jedynie urywki. Postacie opowiadają wiele o swoich przeżyciach, planach, a nawet rodzących się uczuciach, a przed naszymi oczami nie dzieje się prawie nic. Na szczęście reżyser nadal może pochwalić się poczuciem humoru, które przejawia się szczególnie w kwestiach wypowiadanych przez cynicznego Stanley’a. Zabawne, naszpikowane ironią dialogi zdecydowanie stanowią duży plus.


Akcja rozgrywa się w wyjątkowo jednostajnym tempie, brakuje w niej jakiegoś napięcia i punktu kulminacyjnego. Rozumiem, że Allen nie dąży jednak do stworzenia skomplikowanej i porywającej intrygi czy zagadki. Postanawia spojrzeć na wszystko z typową dla siebie ironią i dystansem, dzięki którym może przedstawić całą historię w przystępny i mało wymagający sposób. Gdyby tylko było, co przedstawiać. Nie wątpię, że efekt jest zamierzony, ale taka stylistyka zupełnie mnie nie przekonuje. Jedni mogą stwierdzić, że w prostej i nieoryginalnej fabule tkwi właśnie cały urok. Niektórzy dadzą się po raz kolejny porwać na sprawdzone już chwyty. Dla mnie ten film okazuje się banalny, straszliwie przewidywalny i mało interesujący. Wątek miłosny wydaje się niewiarygodny i wpleciony jakby na siłę. Relacja między głównymi bohaterami mnie nie przekonuje, nie ma pomiędzy nimi ani trochę chemii. Może to przez tak dużą różnicę wieku? Reżyser nie dysponuje już chyba wieloma pomysłami, a jego najnowsze dzieła oceniam jako przeciętne i zupełnie niewyróżniające się. Zabrakło mu tytułowej magii.


Warstwa artystyczna jak zwykle zachwyca pięknymi zdjęciami, dobrze dopasowaną scenografią i barwnymi kostiumami. Twórcy dbają więc wyjątkowo o oprawę, ale nie poświęcają wystarczająco czasu treści. Oko cieszą ładne widoki, a w tle rozbrzmiewa znakomita ścieżka dźwiękowa. Utwory są dynamiczne i żywe, nadają obrazowi charakteru i podkreślają jego walory wizualne. Kiepską fabułę przez całej półtorej godziny próbuje maskować Colin Firth. Dwoi i się troi, żeby wycisnąć jak najwięcej ze źle rozpisanej postaci. Choć przemiana Stanley’a i jego nagła zmiana uczuć wydają się kompletnie absurdalne, aktor, dzięki ogromnej charyzmie, potrafi wyjść cało z tego występu. Jego usilne starania zostają nagrodzone, gdyż to właśnie on nieustannie pozostaje w centrum uwagi i kradnie całe show nawet Emmie Stone. Darzę ją ogromnym uznaniem i sympatią, niestety, w tej produkcji przykuwa uwagę tylko urodą. Pomimo niewątpliwego uroku osobistego, pokazuje się od słabszej strony i chwilami wprost irytuje. Wina w dużej mierze tkwi jednak w scenariuszu, szkoda, że nie rozwinięto tak potencjalnie intrygującej bohaterki.

Myślę, że wierni miłośnicy Allena nie poczują się zawiedzeni i dadzą się porwać w kolejną urokliwą podróż. Pozostałym zdecydowanie nie polecam.
Ocena: 4/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz