sobota, 23 lipca 2016

Julieta, High-Rise oraz Ja, Daniel Blake (16. MFF T-Mobile NH)

Julieta (2016)
reżyseria: Pedro Almodóvar
scenariusz: Pedro Almodóvar
muzyka: Alberto Iglesias
produkcja: Hiszpania
gatunek: dramat

Julieta (Emma Suárez/Adriana Ugarte) mieszka w Madrycie, z pozoru wygląda na szczęśliwą i spełnioną kobietę. Ma kochającego partnera i ładne mieszkanie, ale nie potrafi pogodzić się z wydarzeniami z przeszłości. Wciąż stara się zapomnieć o dawnej miłości i tragediach. Po latach postanawia odnaleźć córkę, która niegdyś całkowicie wyparła ją ze swojego życia.

Niestety, nie jest to „wielki powrót mistrza” i jego niepowtarzalnego stylu. „Julieta” (scenariusz na podstawie prozy Alice Munro) okazuje się filmem do bólu przeciętnym, niewyszukanym i chwilami wręcz ocierającym się o banał. Początkowe sceny wydają się mdłe i źle skonstruowane, choć w końcu akcja powoli zaczyna się rozwijać. Największy plus stanowi tak naprawdę niezwykle emocjonalne podejście do życia tytułowej bohaterki. Dzięki znakomitej grze wcielających się w nią aktorek, widz może dość głęboko zaangażować się w całą historię. Nawet pomimo tego, że fabuła opiera się na klasycznych schematach, rozgrywa się w straszliwie nierównym tempie i często po prostu nuży. Cudownego absurdu i groteskowości charakterystycznych dla tego twórcy tutaj praktycznie nie da się odnaleźć. Czuję się lekko zawiedziona. Lekko, bo nie oczekiwałam wiele. Można chociaż pozachwycać się urokami Hiszpanii i języka.
Ocena: 5/10

High-Rise (2015)
reżyseria: Ben Wheatley
scenariusz: Amy Jump
muzyka: Clint Mansell
produkcja: Wielka Brytania
gatunek: dramat, akcja, sci-fi

Doktor Robert Laing (Tom Hiddleston) postanawia pozostawić przeszłość za sobą i odnaleźć spokój. W tym celu wprowadza się do apartamentu w luksusowym wieżowcu, który ma za zadanie zaspokajać wszelkie potrzeby mieszkańców. Wkrótce zwyczajne relacje między ludźmi przekształcają się w dramatyczną rywalizację i walkę o byt, przyjęcia zamieniają się w brutalne orgie, a powstały chaos staje się idealną okazję do spełnienia najbezwstydniejszych kaprysów.

Niemal każdy kadr pochodzący z tego filmu prezentuje się zjawiskowo. Warstwa artystyczna jest przepiękna i szczegółowo dopracowana, wręcz wymuskana. „High-Rise” to doskonały przykład uczty dla oka i ucha, która pozwala odbiorcy oderwać się od rzeczywistości. Elektryzujący i chwilami nieco upiorny nastrój nadaje również fantastyczna ścieżka dźwiękowa autora muzyki do takich dzieł jak „Requiem dla snu” czy „Czarny łabędź”. Po ekranie powoli snuje się tutaj Tom Hiddleston, który kreuje hipnotyzującą i tajemniczą postać. Fani aktora nie powinni być zawiedzeni, gdyż ujmuje zarówno charyzmatyczną grą, jak i urodą. Świetnie spisał się także ekspresyjny Luke Evans. Warstwa fabularna dzieła pozostawia jednak sporo do życzenia. Wydaje się jakby rozgrywające się na ekranie wydarzenia stanowiły jedynie tło dla jakiego ważniejszego wątku. Niestety, ów wątek nie istnieje, co jest trochę rozczarowujące. Mówiąc krócej: historii brakuje motywu przewodniego. Cieszę się, że nie odczułam wcale przesytu moralizatorstwa.
Ocena: 7/10

Ja, Daniel Blake (2016)
tytuł oryginalny: “I, Daniel Blake”
reżyseria: Ken Loach
scenariusz: Paul Laverty
muzyka: George Fenton
produkcja: Francja, Wielka Brytania
gatunek: dramat

Tytułowy bohater (Dave Johns) stara się o zasiłek, ale (nie)oczekiwanie wpada w pułapkę biurokratycznej machiny niesprawiedliwości. Nieczułość urzędników i problemy pieniężne stawiają na jego drodze zaskakujące wyzwania. Pewnego dnia mężczyzna decyduje się pomóc matce (Hayley Squires) i jej dwójce dzieci, którzy również znajdują się w trudnej sytuacji.

Film zyskał rozgłos po tym, jak otrzymał Złotą Palmę. Z tego właśnie powodu okazał się dla mnie pozycją obowiązkową do obejrzenia podczas tegorocznego festiwalu. Jestem pozytywnie zaskoczona. Już w pierwszej scenie, jeszcze podczas napisów początkowych śmiałam się na głos wraz z całą salą. Uwielbiam brytyjskie poczucie humoru i wyśmiewanie absurdów codziennego życia. Rola Daniela Blake’a to dopiero druga rola w dorobku Dave’a Johnsa. Pomimo tak małego doświadczenia, poradził sobie bardzo dobrze. Na ekranie kroku nie ustępuje mu Hayley Squires – niezwykle emocjonalny występ. Choć niektórzy mogliby Loach’owi zarzucić przesadny sentymentalizm, ja doceniam prostotę, szczerość i naturalność, z jakimi podjął się realizacji tej opowieści. Niewiele filmów potrafi rozbawić, a po chwili poruszyć aż do łez. „Ja, Daniel Blake” z użyciem skromnych środków żongluje emocjami widza i robi to zaskakująco sprawnie. Nie warto oczekiwać fajerwerków, twórcy przedstawiają po prostu losy zwykłego człowieka. Tylko tyle lub aż tyle.
Ocena: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz