sobota, 29 października 2016

Midnight Special (2016), czyli kosmiczna pomyłka (7. AFF)

tytuł oryginalny: Midnight Special”
reżyseria: Jeff Nichols
scenariusz: Jeff Nichols
muzyka: David Wingo
produkcja: USA
gatunek: dramat, sci-fi

Ostatnim razem, kiedy wracałam z kina tak sfrustrowana i zażenowana, próbowałam wyrzucić z pamięci obejrzany właśnie podczas 16. Międzynarodowego Festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty „Francuski film”, czyli kiepski, pseudoartystyczny vlog. Wczoraj wymęczyłam się z kolei piekielnie podczas seansu filmu należącego do zupełnie innego gatunku. Wyświetlany w ramach 7. American Film Festival „Midnight Special” to mieszanka dramatu i sci-fi. Niestety, nie spełnia się w ani pierwszej, ani drugiej kategorii.

Roy (Michael Shannon) i Lucas (Joel Edgerton) wspólnymi siłami starają się ochronić ośmioletniego Altona (Jaeden Lieberher) przed ścigającymi go agentami FBI i wyznawcami religijnego kultu. Chłopiec posiada bowiem pewne nadzwyczajne, a co za tym idzie, bardzo pożądane umiejętności. Jego oczy mogą promieniować też silnym blaskiem, musi przebywać w absolutnej ciemności. Trójka ucieklinierów przemieszcza się dlatego nocą, a dnie spędza w zaciemnionych pokojach hotelowych. Wkrótce dołącza do nich Sarah Tomlin (Kirsten Dunst), a ich tropy zaczyna rozpracowywać analityk FBI, Paul Sevier (Adam Driver).


Napisanie recenzji słabego dzieła wydaje się działać często w zadziwiająco terapeutyczny sposób. Przelanie wszystkich rozczarowań i zarzutów na papier stanowi pewną rekompensatę za poniesione trudy. Do głowy przychodzi niekiedy myśl, że może nawet było warto się zmuszać do pozostania przed ekranem, skoro krytyka zapewnia tyle satysfakcji… „Midnight Special” to jeden z tych filmów, po jakich człowiek wychodzi z sali kinowej i na usta ciśnie mu się tylko jękliwe: „dlaczego?”. Dlaczego marnować pieniądze na coś tak nieskładnego, nużącego i irytującego? Podobnych historii widzieliśmy już tysiąc, a zapewniam: Jeff Nichols nie wnosi żadnego powiewu świeżości. Korzysta z utartych schematów i motywów, jednocześnie desperacko próbując stworzyć własną, unikalną koncepcję. Z marnym skutkiem. Całość jawi się jako niespójna, bezsensowna i wyjątkowo przewidywalna papka, która pozornie może i wygląda dobrze, ale w rzeczywistości pozostawia z nieprzyjemnym posmakiem i bólem głowy. Produkcja nie spełnia się nawet w roli lekkiej i przyjemnej rozrywki na wieczór. Seans ma bowiem z rozrywką niewiele wspólnego. To głownie: przewracanie oczami, śmiech zażenowania i myśli zupełnie odbiegające od treści.


Już na samym początku twórcy wrzucają nas w środek akcji. Nie wiemy, kim są bohaterowie, dlaczego uciekają, kim są ścigający i dlaczego ciemnowłosy chłopiec wydaje się ważny. Powoli otrzymujemy skrawki informacji, które mają nakreślić fabułę i rolę, jaką pełnią w niej różne osoby. W najmniej odpowiednich momentach występują przesadne ekspozycje. Problem polega na również tym, że rozwój wydarzeń okazuje się totalnie nielogiczny, a wraz z upływem czasu jedynie powiększają się luki w scenariuszu. Brakuje przede wszystkim uzasadnień zachowania i decyzji postaci. Nagle Alton stwierdza, że zamiast autem pójdzie z Roy’em piechotą – bo tak – ale niech Lucas i Sarah jadą dalej. Nagle Alton stwierdza, że chce wyjść na słońce – bo tak – a Roy mu na to pozwala. Nagle Paul odkrywa poprawne współrzędne celu podróży – bo tak – choć nie wiadomo, w jaki sposób do tego doszedł. Na identycznej zasadzie działa w tym filmie praktycznie wszystko – musimy uwierzyć na słowo. Tylko, że przez takie rozwiązania fabuła się w ogóle, kolokwialnie mówiąc, nie trzyma kupy. Dwa wątki nieudolnie się ze sobą przeplatają, prezentując całą gamę nudnych, przezroczystych i niepotrzebnych bohaterów drugoplanowych czy epizodycznych.


„Midnight Special” jest dodatkowo przeraźliwie drętwy i nieprzekonujący. Twórcy wodzą widzów za nos, nastawiając na sensacyjne i przejmujące widowisko. Niestety, początkowe napięcie oczekiwania na coś ciekawego i zaskakującego szybko zupełnie siada. W tej produkcji nie ma bowiem nic porywającego czy nowatorskiego. Najgorszym elementem okazuje się zastosowana tutaj niewyobrażalna dawka patosu. Patos występuje bowiem w każdej scenie bez wyjątku. Nieważne, czy to ma być luźna rozmowa, czy z założenia dramatyczny moment. Zabieg ten powoduje, że klimat wydaje się niezwykle doniosły i poważny, a w połączeniu z beznadziejną historią daje to wszystko efekt niemal groteskowy. Jeff Nichols do końca próbuje nas przekonać, że wyreżyserował obraz piękny, wspaniały i dogłębnie poruszający. W finale myślałam już tylko: nie, nie mógł pójść aż tak daleko. I to wcale nie był komplement. Strona audiowizualna również nie zadowala. Na ścieżkę dźwiękową składają się zupełnie przeciętne i niecharakterystyczne utwory. W chwilach, kiedy niezręczność zabiłaby właśnie muzyka, panuje cisza. W moich oczach na odkupienie nie wystarczą nawet dobre zdjęcia. Efekty specjalne z kolei nadają jeszcze więcej nieintencjonalnego komizmu smutnym scenom.


Mogłoby się wydawać, że chociaż obsada da z siebie wszystko i ubarwi nieco czarno-białe postaci. Aktorzy okazują się jednak straszliwie sztywni i od początku do końca grają na jedną nutę. Kirsten Dunst właściwie bez przerwy płacze, Joel Edgerton snuje się po ekranie ze łzami w oczach (dla odmiany), a Michael Shannon z użyciem jednej miny stara się przekonać widzów, jak intensywnie przeżywa całą sytuację. Najbardziej naturalnie wypadł chyba odtwórca roli Altona, czyli Jaedan Lieberher, ale i on spisał się niezachwycająco. Po bardzo dobrym „Patersonie” Jima Jarmuscha aż szkoda oglądać Adama Drivera w złym filmie. Choć fabuła nie ma żadnego potencjału, to z tak zróżnicowanej obsady można by wycisnąć więcej. Patos w połączeniu z kiepskim aktorstwem i brakiem portretów psychologicznych bohaterów sprawia, że na horyzoncie wyłania się tylko jedna sprawiedliwa nota dla produkcji Nicholsa…

„Midnight Special” nie jest elektryzującym i dynamicznym dziełem sci-fi, a wielką festiwalową porażką. Żałuję straconego czasu i pieniędzy. Zdecydowanie odradzam! (Jedna gwiazdka za zdjęcia.)
Ocena: 1/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz