piątek, 4 maja 2012

Wieczór z komedią francuską cz. 2 - Nic do oclenia (2010)

tytuł oryginalny: „Rien à Déclarer”
reżyseria: Dany Boon
scenariusz: Dany Boon
muzyka: Philippe Rombi
produkcja: Francja, Belgia
gatunek: komedia

„Nic do ocelnia” to kolejna komedia autorstwa Dany’ego Boona, który pełni funkcję reżysera, scenarzysty i oczywiście aktora. Ponownie wyśmiewa powszechnie panujące stereotypy i poglądy. Wydawało się, że śmieszne postacie, garść żartów i niezwykłe miejsce, w którym toczy się akcja, jest przepisem na zabawną produkcję. Tak stało się w przypadku genialnego „Jeszcze dalej niż północ”. Niestety, dla tego filmu ta recepta na sukces się nie sprawdziła.

1 stycznia 1993 roku następuje zniesienie granic celnych w Unii Europejskiej. Posterunki graniczne, francuski Courquain i belgijski Koorkin, wkrótce zostaną zlikwidowane. Pracujący w nich do tej pory ludzie są z tego powodu niezadowoleni i smutni. Zamiast nich pojawi się patrol w postaci Belga i Francuza. Do tej roli zostaje wyznaczony Belg, frankofob, Ruben Vandevoorde (Benoît Poelvoorde). Jego francuskim towarzyszem staje się dobrotliwy Mathias Ducatel (Dany Boon). Przy pomocy zdezelowanego, rozpadającego się, starego Renault Sedana rozpoczynają swoją nową pracę, polegającą na kontrolowaniu terenów po obu stronach granicy. Początkowo mężczyźni nie mogą dojść do porozumienia. Ruben widzi w Mathias’ie tylko odwiecznego wroga. Francuz ukrywa też przed nim swoją miłość do siostry Belga, Louise (Julie Bernard). Dzięki swojej nowej pracy stosunki między mężczyznami ulegają poprawie.


„Nic do oclenia” jest raczej przeciętnym i mało interesującym dziełem. Przyjemnie się go ogląda, ale moim zdaje nadaje się tylko do jednokrotnego seansu. Pomysł na ten film jest wspaniały, dlatego myślę, że ma wielki, niewykorzystany potencjał. Historia stanowi świetną podstawę i jest naprawdę bardzo oryginalna. Produkcja jest jednak niesamowicie nużąca. Twórcom, mimo wielu usilnych prób, nie udaje się zaciekawić widza. Film nie wywołuje praktycznie żadnych emocji, oprócz śmiechu pojawiającego się co kilkadziesiąt minut (za rzadko!). Muszę przyznać, że czasami moje myśli odbiegały od tego, co się działo na ekranie. To jedna ze słabszych komedii jakie widziałam. Plus należy się jednak za to, że przykuwa uwagę niezwykłymi, różnorodnymi, dziwnymi osobami, które napotykają na swej drodze główni bohaterowie. Humor zawarty w tej produkcji wydaje się być jednak trochę prymitywny i niskich lotów.


Najmocniejszym punktem jest brawurowe aktorstwo. Dany Boon ponownie zachwycił, doskonale zagrał poczciwego i życzliwego Francuza. Jednak największe ukłony kieruję w kierunku Bienoîta Poelvoorde, którego do tej pory kojarzyłam tylko z roli Brutusa z „Asterix’a na olimpiadzie”. Znakomicie potrafił ukazać wybuchowy charakter swojego bohatera, dzięki temu udało mu się wykreować genialną postać. Scenariusz przedstawia raczej średni poziom. Dialogi momentami wydają się być przydługie, nudne i rozwlekłe. Mimo to, można znaleźć sporo całkiem ciekawych i śmiesznych scen (np. naprawienie Renaulta Sedana, pościg za Jacques’em na autostradzie, a szczególnie Ruben wciąż wymachujący pistoletem). Niektóre wydarzenia są według mnie zupełnie niepotrzebne i tylko komplikują całą, i tak nieciekawą, akcję. Jednym z niewielu dobrych elementów w tym filmie jest przyjemna muzyka. Stanowi doskonałe tło i nadaje szybsze tempo bardzo powolnym wydarzeniom.

Jako wielbicielka „Jeszcze dalej niż północ” czuję się zawiedziona. Mimo wszystko myślę, że „Nic do oclenia” to lekka i całkiem znośna komedia. Moim zdaniem nie jest godna uwagi, dlatego z seansu można spokojnie zrezygnować. Raczej nie polecam.
Ocena: 5/10

1 komentarz: