poniedziałek, 2 czerwca 2014

Czas wojny - National Theatre

tytuł oryginalny: War Horse
reżyseria: Marianne Elliot, Tom Morris
na podstawie powieści Michaela Morpurgo

Po genialnym „Frankensteinie” z Benedictem Cumberbatchem i Johnny’m Lee Millerem oraz porywającym „Koriolanie” z Tomem Hiddlestonem miałam okazję wybrać się na kolejną retransmisję przedstawienia. Tym razem był to „Czas wojny” w reżyserii Marianne Elliot i Toma Morrisa. Odnoszę wrażenie, że w Polsce nie jest zbyt doceniony, a naprawdę warto zwrócić na niego uwagę. Na szczególny zachwyt zasługuje doprowadzona do perfekcji oprawa audiowizualna.

Brytyjczyk Michael Morpurgo sam przyznaje, że pisząc „Czas wojny” nie spodziewał się osiągnąć wielkiego sukcesu. Na pierwszy rzut oka fabuła nie wydaje się bowiem oszałamiająca czy wyjątkowo odkrywcza. Narracja poprowadzona z perspektywy konia, który trafia najpierw na farmę, a później na wojnę, okazuje się zaś nieco ryzykownym pomysłem. Inscenizację wydanej w 1982 roku powieści wystawiono w 2007 roku w Royal National Theatre w Londynie. Dzisiaj cieszy się już ogromnym uznaniem i popularnością, idea przyjęła się nawet w różnych krajach.


Rodzina Narracotów wiedzie sielskie życie w miasteczku Devon. Wkrótce ojciec (Toby Sedgwick) pod wpływem emocji i wypitych drinków za zawyżoną cenę nabywa pięknego źrebaka. Jego syn, Albert (Luke Treadaway) szybko jako jedyny znajduje bliskie porozumienie ze zwierzęciem i zaczyna się nim z poświęceniem zajmować. Na krótko przed wybuchem I wojny światowej wyrośnięty już koń nazwany Joey trafia na front, aby w ten sposób przysłużyć się ojczyźnie. Szesnastoletni chłopak nie może pogodzić się ze stratą najbliższego przyjaciela i wyrusza w niebezpieczną podróż w celu odszukania go i sprowadzenia do domu.  


Najbardziej zachwycającą częścią spektaklu okazują się naturalnej wielkości kukły zwierząt skonstruowane przez Handspring Puppet Company. Wiarygodne wizerunki koni ukazano z ogromną dbałością o detale i precyzją. Każdy z nich obsługują trzy osoby: dwie znajdują się ‘wewnątrz’ i poruszają kończynami, a jedna manipuluje głową. Twórcy mówią, że wcale nie starali się ich ukrywać czy maskować. Obecność dodatkowych osób na scenie nie przytłacza, a obraz nie nabiera sztuczności. Po pewnym czasie ludzie w ogóle nie rzucają się w oczy, a  rumaki wydają się wręcz żywe. Biegają, stają dęba, rżą, ruszają uszami i ogonem – zupełnie jak prawdziwe. Tym, co czyni je tak wyjątkowymi jest to, że ich emocje, szczególnie cierpienie i ból naprawdę poruszają widza. To cudowne, że ruchami i dźwiękami z taką łatwością mogą przekazać całą tęsknotę, smutek i poczucie nostalgii, jakie niemal na każdym kroku towarzyszą tej historii.


Spektakl jest po prostu zjawiskowy i z pewnością jeszcze na długo pozostanie mi w pamięci. Odnoszę wrażenie, że najsłabszym aspektem okazuje się sama fabuła. Od początku do końca wydaje się przeraźliwie przewidywalna, ale pomimo to potrafi poruszyć odbiorcę. Twórcy idą o krok dalej niż Michael Morpurgo i ukazują losy Joey'a z różnych punktów widzenia. Żałuję tylko, że główny bohater skrył się nieco w cieniu swojego kukiełkowego przyjaciela. Koń jest bardziej złożoną i rozbudowaną postacią niż on sam. Nie wykorzystano danych możliwości, przez co młody Albert wydaje się niezwykle płaski i jednowymiarowy. Dowiadujemy się o nim, niestety, niewiele, choć powinien stanowić centrum i serce całej opowieści. Zaintrygowała mnie za to postać niemieckiego kapitana, który z poświęceniem i troską opiekuje się końmi.  Powoli na pierwszy plan wysuwa się, jak polski tytuł wskazuje, tematyka wojny. Świetnie przedstawiono tutaj jej tragiczne skutki i konsekwencje.


Scenę z ruchomą podłogą zdobi bardzo ograniczona scenografia. Nie ma tu żadnych krzeseł, które z kolei w „Koriolanie” stanowią całkiem istotny element akcji.  Tutaj pojawiają się tylko pojedyncze obiekty, takie jak drzwi czy pług. O zmianie lokacji informuje nas oświetlenie i ustawienie ludzi trzymających belki, które składają się na ogrodzenie. Twórcy z użyciem skromnych środków kreują niesamowity i nieco melancholijny klimat, który pozwala w przekonujący sposób przedstawić losy nietuzinkowej przyjaźni. Ujawniają swój spryt i pomysłowość, zmyślnie wykorzystując dostępne miejsce. Scena stanowi niekiedy plan dla nawet kilku różnych sytuacji, co nie zaburza jednak odbioru całości. W tle przywieszono jakby fragment kartki wyrwanej z notesu, na który wyświetla się projekcje, np. pędzących koni, czołgów i walących się głazów. Warstwę artystyczną dopełnia mężczyzna, który śpiewa, czasem grając na akordeonie lub a cappella z wtórującym mu chórem postaci. Czaruje i przepięknym głosem snuje własne opowieści.

„Czas wojny” jest ciekawą opowieścią o sile odwagi, wytrzymałości i nadziei. Wyśmienita realizacja i intrygujący pomysł sprawiają, że prosta fabuła nabiera jeszcze więcej głębi. To z pewnością nie ostatnia retransmisja sztuki, na jaką wybrałam się do kina. Bilety na „Króla Leara” już zakupione!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz